Posts By Agnieszka

wyjątkowe miejsce

Jestem z powrotem. Bardzo tęskniłam za wami i za pisaniem. Niestety codzienność zabierała mi każdą chwilkę, no prawie każdą, ale to wolną wolałam spędzić z dala od komputera, ponieważ zdecydowanie za dużo czasu spędzałam gapiąc się w ekran. Powód był taki, że szukałam pracy. Pracowałam wprawdzie od sierpnia, ale na część etatu i chciałam znaleźć coś bardziej ekscytującego, a szukanie pracy tutaj to jest straszne, długotrwałe i wyczerpujące zajęcie. Jak ktoś będzie zainteresowany, dlaczego i jakie są różnice to dajcie znać, może kiedyś napiszę. Na razie jest przeżycie zdecydowanie traumatyczne, więc próbuję o nim zapomnieć, ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj o ważnym miejscu i ważnym wydarzeniu.

 

W Memphis znajduje się bardzo wyjątkowy szpital dziecięcy, założony przez aktora Dannego Thomas, do którego przyjmowane są tylko bardzo chore dzieci, ale za to z całego świata i leczone są za darmo. Szpital pokrywa wszystkie koszty. Znam kilka osób, które przeprowadziły się z chorymi dziećmi do Memphis, żeby być bliżej tego szpitala. Mieliśmy okazję zwiedzić go wiosną. Pracuje tam jeden z naszych znajomych, jest naukowcem, który pomaga znaleźć przyczyny i sposoby leczenia wszystkich strasznych chorób. Szpital składa się z wielu budynków, z których tylko jeden jest szpitalem, pozostałe to baza badawcza, olbrzymi zespół pozyskujący środki finansowe i kilka hotelików, dla rodzin, których dzieci są leczone, ale nie wymagają codziennej hospitalizacji. Jest tam też centrum dla zwiedzających, gdzie można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Widać tam twarze znanych aktorów, którzy pomagają gromadzić środki, można dowiedzieć się, że w szpitalu pracuje laureat nagrody Nobla, że wiele z chorób jeszcze niedawno była praktycznie nieuleczalna, teraz dzięki pracy tych ludzi jest uleczalna prawie w 100 %.

Środki na utrzymanie całej bazy są zbierane na sto różnych sposobów, między innymi poprzez organizowanie różnych imprez, najważniejsza z nich to impreza biegowa organizowana co roku na początku grudnia w Memphis. Bierze w nich udział ponad 40 tysięcy osób, a łącznie z kibicującymi ponad 70 tysięcy. Oczywiście najważniejszy bieg to maraton, który jest bardzo ciężki, ale daje wiele satysfakcji, bo biegnie między innymi, przez teren szpitala i kibicami tam są chore dzieci, które w ten sposób dziękują za wsparcie. W tym roku mój mąż postanowił zawalczyć i muszę przyznać, że go podziwiam, bo ja nie byłabym w stanie tego zrobić, ale za to my z dziewczynami dzielnie kibicowałyśmy. Jeździłyśmy po całym Memphis, żeby podtrzymywać Siarę na duchu i udało mu się. Dał radę, szaleństwo jakieś, ale cel bardzo zacny.

świecimy w ciemnosci

Okazuje się, że nie trzeba dużo, żeby się świetnie bawić. Wystarczy fajny pomysł, a że ten wydał nam się ciekawy postanowiłyśmy spróbować. Wybrałyśmy się na wieczorną zabawę w Ogrodzie Botanicznym pod hasłem świecimy w ciemności.

Jedną z atrakcji był pokaz tańca ze świecącymi hula hop. Oczywiście wszyscy musieliśmy spróbować.

Kilku pasjonatów co roku organizuje imprezę, podczas której dzieciaki mogą bawić się na świeżym powietrzu, ale również trochę się dowiedzieć o wszystkim co związane z luminescencją. No i okazało się, że dorośli też nie wiedzą wszystkiego, kilka rzeczy było naprawdę nowych dla mnie.

Wysłuchałyśmy ciekawej opowieści o fluorescencyjnym planktonie. Mogłyśmy go oczywiście też zobaczyć, ale myślę, że wrażenie robi dopiero w dużych ilościach.

Super ciekawe były też fluorescencyjne kamienie. Okazuje się, że można znaleźć ich naprawdę sporo, niektóre świeciły same z siebie, a niektóre dopiero w świetle ultrafioletowym. Niesamowite było zobaczyć jak z szare bryłki przeistoczyły się w wielobarwne, świecące, niektóre nawet zmieniają kolory.

Pod koniec wieczoru to my byłyśmy szarymi kamyczkami, które zamieniły się w świecące szaleństwo.

Tak mi się podobało, że po powrocie do domu nie miałam ochoty tego zmywać. Jak myślicie? Dostanę rolę  w Avatarze?

w rytmie tanga

Wybraliśmy się rodzinnie na mecz Footballu Amerykańskiego do Amelii szkoły. Jak już kilka razy pisałam, ale cały czas mnie to zaskakuje, jak wyglądają boiska przy niektórych szkołach. Jak wypasione boisko ligowe w Polsce.  Może trybuny są trochę mniejsze, ale reszta niesamowicie profesjonalna, oświetlenie, telebimy, zaplecze. Niestety sama gra do mnie nie przemówiła. Chłopaki biegali, publiczność czasami bila brawo i cieszyła się, więc zakładałam, że wydarzyło się coś dobrego, ale ja reguł nie łapię nadal. Nasi wygrali do zera więc radość była wielka

Podczas wieczoru mecz jest ważny, ale chyba nie najważniejszy. Wszystko co dzieje się dookoła jest niesamowici kolorowe i energetyczne. Grze towarzyszyły trzy zespoły cheerleaderek które prześcigały się dopingowaniu po każdym zdobytym punkcie. Grupka chłopaków bez koszulek przebiegał z flagami przy uciesze gawiedzi i cała orkiestra przed i po swoim występie grała, śpiewała i tańczyła.

Ale tego wieczoru najważniejsza dla nas była Amelia, która w tym roku dołączyła do Color Guard. W jej High School jest bardzo duża i silna orkiestra, której towarzyszy właśnie Color Guard czyli tancerki, machacze flagami i rzucacze czym popadnie. Każdy występ to prawdziwe widowisko, w tym roku motywem przewodnim jest tango. Piękne stroje i ciekawa choreografia. Ponad 300 osób w orkiestrze i 23 w Color Guard. Nasze dziecko dołączyło jako ostatnie, ale dała radę. Wszystko wyszło super. Amelia została okrzyknięta przez trenerki tancerką tygodnia.

Dumni rodzice mają uśmiechnięte twarze przez cały weekend.

 

 

pożegnaie

Jeszcze tylko kilka widoczków i ciekawostek i wracamy do rzeczywistości.

Podczas ostatnich kilku dni wędrówek udało nam się odnaleźć jeszcze kilka pięknych miejsc i przeżyć kilka przygód.

Podczas jednej z tras zobaczyliśmy niedaleko ścieżki łachę śniegu, oczywiście domyślacie się co zrobiły nasze dzieci, a szczególnie Tosia. Musiała zejść, żeby dotknąć śniegu w lecie w krótkim rękawku w otoczeniu kwitnącej łąki. Rzucanie śnieżkami w rodziców też jest super zabawą.

Kilka dni spędziliśmy po porostu szwędając się po okolicy i obserwując cudowne widoki. Opanowaliśmy na chwilę plac zabaw i nie tylko dzieci bawiły się tam świetnie.

Wybrałyśmy się z Tosią na kajak i to też była przygoda, bo ja byłyśmy po drugiej stronie jeziora niebo zrobiło się czarne, wiatr zaczął wiać nam w twarz dość mocno utrudniając nam powrót i zaczął padać deszcz, pan z wypożyczali ostrzegał nas, że w przypadku takiej pogody bardzo szybko zaczyna się burza i musimy wracać do na brzeg, ale na nasz brzeg miałyśmy strasznie daleko. Jeszcze nigdy tak szybko nie wiosłowałam. Tosia przejęła się bardzo swoją rolą i też dawała z siebie wszystko. Po całym jeziorze niosły się nasze głosy: prawa, lewa, prawa, lewa…. Aż Tosia zobaczyła Arka biegnącego brzegiem. Ja wiedziałam, że chce nam zrobić zdjęcia, a Tosia myślała, że się z nami ściga i włączyła niespodziewany osiemnasty bieg. Jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko poruszających się wioseł i oczywiście popłakałam się ze śmiechu. Dziecko wygrało.

Wybrałam się na samotną przechadzkę i natknęłam się na częściowo spalony las. Efekt był niesamowity, nogi miałam czarne do kolan miejsce wyglądało przerażająco i wyjątkowo. Dokoła miejsca pożaru wszystkie drzewa były pomarańczowe. Jak się dowiedziałam to zrzucony środek gaśniczy.

W jednej z naszej ulubionej miejscowości oprócz świetnych knajp z super jedzeniem wzdłuż drogi ciągnęły się donice z kolorowymi kwiatami, wokół których latały …. Kolibry. Czad. Można było podejść do nich naprawdę blisko. Uwielbiam. Uwielbiam. Uwielbiam.

Zakochałam się w Colorado, bardzo chciałabym tam wrócić.

czerwono mi

Zapuszczając się coraz bardziej w te dzikie tereny (no dobra może wcale nie są aż takie dzikie, ale brzmi nieźle) dosłownie nadziewamy się na niesamowity znak. Wprawdzie czytałam wcześniej o tym miejscu, ale zdążyłam zapomnieć. A znak informuje nas, że znajdujemy się w miejscu niezwykłym. Wszystkie wody znajdujące się po prawej strony od tego punktu wpadają do Atlantyku, a wszystkie po lewej do Pacyfiku. Ale czad. Ogarniacie, nawet jak deszcz pada to kropelki spadają niedaleko siebie, ale pędzą do dwóch różnych oceanów. Jestem pod wrażenie, z lekka dochodzi do mnie, że zachowuję się jak wariatka, ale kto mi zabroni.

Jedziemy dalej, głowy na sprężynkach, bo wszystko dookoła jest mega ciekawe, i nagle dojeżdżamy do wielkiej czerwoności. Czuję się jakbym przeniosła się o tysiące kilometrów, bo jeszcze przed chwilą byłam otoczona zielonym lasem i ostrymi szarymi skałami a teraz nastała czerwoność i klimat praktycznie pustynny, no może czasami preriowy. Zmienność krajobrazu jest niesłychanie zaskakująca.

Zaopatrujemy się w mapę tych czerwoności. Park nazywa się Ogród Bogów i jak głosi tabliczka został przekazany przez prywatną rodzinę dla rozkoszy gawiedzi, której teren ma być udostępniany za darmo.

Zrobiliśmy tysiące zdjęć (oczywiście część wariackich) zachwycała nas każda czerwona skała. Kolory są naprawdę obezwładniające i bardzo ostre, oczywiście zmieniają się w zależności od tego czy są w słońcu czy w cieniu. Myślę, że bardzo ciekawe byłoby spędzić tam cały dzień i co godzinę robić zdjęcie jednej skałce, żeby zobaczyć, jak zmienia się jej kolor. Trzeba by tylko mieć kogoś donoszącego wodę, bo temperatury panują tam zdecydowanie pustynne.

Cały czas pełni wrażeń przenosimy się kawałek dalej, do kanionu, już nie czerwonego i moja odważna rodzinka decyduje się na wszystkie szalone rzeczy jakich można tam doświadczyć. Amelia i Arek na huśtawkę nad przepaścią a Tosia mniej trochę łagodniej, ale też kończy się wiszeniem nad przepaścią. Ja trzymając się za serce robię im zdjęcia.

ja i góra

Dziś miał być leniwy dzień. Śpimy, ile się da, spacerujemy, cieszymy się widokami, uzupełniamy ekwipunek, bo okazało się, że na ponad 3000 metrów słońce spala skórę w jedną sekundę. Przed chwilą było za chmurami, teraz wyjrzało na chwilę i już kark spalony. Oczy też potrzebują specjalnej ochrony, bo bez okularów polaryzacyjnych już po półgodzinie zaczynamy się czuć jakby ktoś nam sypnął w oczy garść piachu. Niespodziewanym zbiegiem okoliczności te wszystkie niedogodności omijają nasze dzieci wielkim łukiem. Proszę co znaczy młodość. Uzbrojeni po pachy ruszamy na przejażdżkę.

Nasz wybór pada na górę o nazwie Evans. Nie jest to zwykłe miejsce, bo na ponad 4000 tysiące metrów wjeżdża się samochodem. A co tam zdobędę czterotysięcznik.

Wycieczka przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Droga na górę trwała ponad pół godziny i widoki za każdym zakrętem pyły obezwładniające, wprawdzie ja od pewnego momentu siedziałam z zamkniętymi oczami (no prawie) bo jednak ciekawiło mnie wszystko, ale za każdym razem jak moja strona samochodu znajdowała się nad przepaścią to wydawałam okrzyki przerażenia. To, że jednak czasami odważałam się patrzeć zostało mi wynagrodzone, bo widziałam świstaka. Ale śmieszne stworzonko.

Jak dojechaliśmy na parking to miałam stan przedzawałowy.

Żeby nie było, że zdobyłam górę samochodem. Ostanie kilkaset metrów zakosami zdobyliśmy na nogach.

 

WESZŁAM NA 4314 METRÓW. WOW. NIE MOGĘ W TO UWIERZYĆ.

 

Możecie sobie wyobrazić widoki ze szczytu. Znów cały świat był mój. Gdyby ktoś rok temu założył się ze mną, że wejdę na czterotysięcznik to bym go śmiechem zabiła a właśnie tutaj jestem. Dość długo napawaliśmy się widokami i uczuciem szczęścia, ale jednak lekki ból głowy i małe oszołomienie spowodowane małą ilością tlenu dało o sobie znać.

W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze stado kóz górskich które obfotografowaliśmy ze wszystkich stron i zjechaliśmy trochę niżej przejść się już zdecydowanie mniej wymagającym szlakiem nad jeziorkiem.

Tutaj do widoków górskich doszła jeszcze niesamowita ilość kwiatów i poczułam się jak w niebie. To są chwile, które zostają w nas na zawsze. Dziękuję, że mogę tego doświadczać.

Decyzja o przeprowadzce do Stanów była bardzo trudna i radzenie sobie w nowej rzeczywistości też nie jest łatwe, ale to jest zdecydowanie nagroda za te wszystkie trudy. Cuda, które możemy tutaj odkrywać są bezcenne.

 

odkrywamy Colorado

Dotarliśmy do celu podróży. Jesteśmy teoretycznie w miejscowości, ale na samym jej końcu więc mamy święty spokój i cudowny widok na góry i jezioro. Tego mi było trzeba. Jak jestem nad morzem to wydaje mi się, że to lubię najbardziej, ale jak przyjeżdżam w góry to zmieniam jednak zdanie i tak na okrągło.

Jakoś blisko te góry dookoła, więc sprawdziliśmy na jakiej jesteśmy wysokości. Mieszkamy na 3000 metrów. O rany nigdy tak wysoko nie mieszkałam. Głowa trochę boli, ale mam nadzieję, że się szybko przystosujemy.

Oszczędzając wspomniane wcześniej kolano wybieram dla nas trasy raczej trekingowe z małymi podejściami. Pomimo tego widoki są cudne, niebo błękitne, piękne lasy i cudne jeziora. Nasz szlak prowadzi przez dolną część wodospadu. Na które ja się zatrzymuję a rodzina gna dalej. Idą zobaczyć jezioro, ale obiecali mi zdjęcia. Siedzę na skale i podziwiam piękne widoki gryziona przez bezlitosne komary, ale nawet to mi tak bardzo nie przeszkadza. Zawieszam się przy wodospadzie. Cały czas nie mogę się nadziwić, że weszłam na 3500 metrów i chodzę sobie i jest ciepło i nie ma śniegu, chociaż widać czasami małe skrawki w szczelinach górskich. W Europie na tej wysokości jest już poniżej zera i wieczny śnieg a ja w krótkim rękawku.

 

jedziemy

Jak zwykle droga przez Stany okazuje się bardzo ciekawym przeżyciem. Niespotykane dotąd widoki zawsze są ciekawe. Jedziemy Colorado. Zaraz po przekroczeniu granicy tego stanu, który zadziwia nas bezkresną płaskością po 13 godzinach podróży zatrzymujemy się na nocleg w maleńkim miasteczku. Hula po nim wiatr, zabudowa jest bardzo luźna, ratusz miejski wygląda jak mały stary pawilon handlowy, ale jest jedna atrakcja turystyczna – Karuzela. Stara, niesamowita, teraz schowana pod dachem. Kto na boga wybudował taką karuzelę na takim pustkowiu i dlaczego. Teoretycznie przy okazji budowania kolei, ale wciąż jest to dla mnie zaskakujące.

Kolejną przerwę robimy sobie w Denver. Miasto bardzo nam się podoba, jest dość europejskie, ludzie chodzą po ulicach, wylewają się z knajpek. Minusem jest bardzo duża ilość bezdomnych, a plusem ciekawe parki i bardzo artystyczny duch miasta. Spotykamy wiele ciekawych instalacji. Fajną wystawę z chińskimi znakami zodiaku, oczywiście robimy sobie fotki przy swoich znakach. Mijamy kolorowe budynki biblioteki i podziwiamy piękny park z wielkim budynkiem Kapitolu.

Na razie Colorado na plus, ale zostawiamy za sobą cywilizację i ruszamy w góry, które wyrastają znienacka i robią na nas  olbrzymie wrażenie.

IMG_4916

 

rachunek sumienia

Po niekrótkiej przerwie, to znowu ja. Muszę zrobić mały rachunek sumienia i przyznać, że na dłuższą metę pisanie bloga nie jest wcale takie łatwe, bo jak pierwsza ekscytacja już minęła to często po prostu mi się nie chce, bo mam milion innych rzeczy do zrobienia, albo zapominam o robieniu zdjęć do wpisu i pisanie jest bez sensu. Ale wróciłam niedawno z wyprawy do Polski i jestem bardzo pozytywnie naładowana, od wielu znanych i nieznanych osób usłyszałam wiele miłych słów i że nadal interesują was moje przeżycia.

Ale nim wrócimy do US trochę o Polsce, uwielbiam swój kraj, chociaż nie wszystko mi się w nim podoba i to co mi się nie podoba drażni mnie o wiele bardziej niż tutaj, ale w Polsce mam swoich ludzi. W Stanach mam wielu znajomych, ale to nie to samo. W Polsce mam swoje babskie wyjazdy, rytuały powtarzane od lat, niespodziewane wyjazdy na Noc Kupały na których, gdzie nie odwrócę głowę widzę znajomych. Odwiedziłam moje dwa poprzednie miejsca pracy i muszę przyznać, że trochę za nimi tęsknię. W mojej Zielonej Górze mogę przesiadywać w ogródku w ulubionej restauracji Bachus lub w kawiarni Niger i brać czynny udział w życiu miasta. Mogę napić się wódeczki i zjeść tatara z kolegą i nikt mi złego słowa nie powie (nawet jego żona). Mogę się napić wina ze znajomymi winiarkami i winiarzami i najeść do wypęku i też nikt złego słowa nie powie. Mogę iść do znajomego lekarza ortopedy, żeby bez ściemy prostym językiem wytłumaczył mi, czemu mnie boli kolano i czy będzie dobrze. W tym punkcie nie obyło się bez obraźliwych wyrazów w moim kierunku takich jak, zużycie i degeneracja, ale niech mu będzie jest w moim wieku i też pewnie ma zużycie i degenerację.

Spotkałam się z wieloma osobami i nie mogłam się z nimi nagadać, z wieloma niestety nie udało mi się spotkać. Odwiedziłam moje ulubione miejsca, czyli najukochańszą Sosnówkę i Rzym (ten wprawdzie nie w Polsce, ale prawie na wyciągnięcie ręki), nie zapominając o Poznaniu.

Zrobiłam wszystko co chciałam i jeszcze więcej dziękuję wszystkim. Wracam pozytywnie nastawiona, powinno starczyć na długie miesiące, ale tęskniła będę bardzo.

kolorowy tydzień

Oj to by bardzo ekscytujący tydzień dla Tosi. Zaczęło się od zabawy w szkole na świeżym powietrzu, czyli weszliśmy w pierwszą fazę zakończenia roku szkolnego. Nauczona doświadczeniem z zeszłego roku Tosia miała przygotowany cały komplet świeżych ciuchów, do przebrania po szaleństwie i stare buty do wyrzucenia na koniec, bo nie nadawały się do niczego innego. Tegoroczne zawody były nazwane Olimpijskie i wszystkie klasy reprezentowały inne państwo. Tosi klasa z dumą nosiła barwy Polskie. Bardzo to było poruszające

  

 Kolejne ważne wydarzenie to Lekkoatletycznych Mistrzostwa Okręgu. Pogoda dopisała aż za dobrze i muszę powiedzieć, że po 2 godzinach w 34 stopniach w pełnym słońcu, kiedy zaczęły się Tosi najważniejsze konkurencje ja czułam, że nie mogę oddychać i chodzić a co dopiero biegać czy skakać. Więc naprawdę duży szacunek dla dzieciaków. Tosi udało się zdobyć medal w skoku wzwyż. Rodzice bardzo dumni.

Wręczenie ze względu na pogodę zostało odłożone i nasze dzieciaki dostały swoje trofea na imprezie kończącej sezon, po wręczeniu i napełnieniu żołądków odbyły się kolejne zawody, tym razem kręgle, ale było więcej zabawy niż prawdziwej konkurencji.

 

No i najważniejsze. Zakończenie szkoły. Wzruszające, ale na luzie. Tematem przewodnim imprezy były Hawaje, było więc mega kolorowo. Po krótkiej części oficjalnej dzieciaki czytały nazwiska a nauczyciele i dyrektor wręczali Certyfikaty ukończenia szkoły i kolorowe kwiaty. Nie obyło się bez wstydliwych momentów, bo nie wiem czemu w trakcie całej uroczystości z brawami lub wiwatami wyrywali się tylko nieliczni rodzice. Mój sąsiad, tato koleżanki Tosi krzyknął imię swojej córki jak wyczytano jej imię i stwierdził, że musiał zrobić jej odrobinę obciachu. Ja stwierdziłam, że nie jestem taka odważna, więc zadeklarował, że może zrobić to za mnie, co też uczynił. Dobrze, że można liczyć na pomoc dobrych ludzi, w zawstydzeniu własnej córki.

Na koniec nauczyciele obrzucili dzieciaki kolorowymi piłkami i zaprosili na poczęstunek.

Dla mnie dodatkowo ważne było jeszcze jedno. Na ścianie szkoły, którą Tosia opuszcza po półtora roku uczęszczania wisi potwierdzenie wyczynów drużyny biegowej, których Tosia jest współautorem. Zostawia tutaj po sobie jakiś ślad. Fajnie