Posts in Category: Wyprawy Europa

rachunek sumienia

Po niekrótkiej przerwie, to znowu ja. Muszę zrobić mały rachunek sumienia i przyznać, że na dłuższą metę pisanie bloga nie jest wcale takie łatwe, bo jak pierwsza ekscytacja już minęła to często po prostu mi się nie chce, bo mam milion innych rzeczy do zrobienia, albo zapominam o robieniu zdjęć do wpisu i pisanie jest bez sensu. Ale wróciłam niedawno z wyprawy do Polski i jestem bardzo pozytywnie naładowana, od wielu znanych i nieznanych osób usłyszałam wiele miłych słów i że nadal interesują was moje przeżycia.

Ale nim wrócimy do US trochę o Polsce, uwielbiam swój kraj, chociaż nie wszystko mi się w nim podoba i to co mi się nie podoba drażni mnie o wiele bardziej niż tutaj, ale w Polsce mam swoich ludzi. W Stanach mam wielu znajomych, ale to nie to samo. W Polsce mam swoje babskie wyjazdy, rytuały powtarzane od lat, niespodziewane wyjazdy na Noc Kupały na których, gdzie nie odwrócę głowę widzę znajomych. Odwiedziłam moje dwa poprzednie miejsca pracy i muszę przyznać, że trochę za nimi tęsknię. W mojej Zielonej Górze mogę przesiadywać w ogródku w ulubionej restauracji Bachus lub w kawiarni Niger i brać czynny udział w życiu miasta. Mogę napić się wódeczki i zjeść tatara z kolegą i nikt mi złego słowa nie powie (nawet jego żona). Mogę się napić wina ze znajomymi winiarkami i winiarzami i najeść do wypęku i też nikt złego słowa nie powie. Mogę iść do znajomego lekarza ortopedy, żeby bez ściemy prostym językiem wytłumaczył mi, czemu mnie boli kolano i czy będzie dobrze. W tym punkcie nie obyło się bez obraźliwych wyrazów w moim kierunku takich jak, zużycie i degeneracja, ale niech mu będzie jest w moim wieku i też pewnie ma zużycie i degenerację.

Spotkałam się z wieloma osobami i nie mogłam się z nimi nagadać, z wieloma niestety nie udało mi się spotkać. Odwiedziłam moje ulubione miejsca, czyli najukochańszą Sosnówkę i Rzym (ten wprawdzie nie w Polsce, ale prawie na wyciągnięcie ręki), nie zapominając o Poznaniu.

Zrobiłam wszystko co chciałam i jeszcze więcej dziękuję wszystkim. Wracam pozytywnie nastawiona, powinno starczyć na długie miesiące, ale tęskniła będę bardzo.

kolorowy tydzień

Oj to by bardzo ekscytujący tydzień dla Tosi. Zaczęło się od zabawy w szkole na świeżym powietrzu, czyli weszliśmy w pierwszą fazę zakończenia roku szkolnego. Nauczona doświadczeniem z zeszłego roku Tosia miała przygotowany cały komplet świeżych ciuchów, do przebrania po szaleństwie i stare buty do wyrzucenia na koniec, bo nie nadawały się do niczego innego. Tegoroczne zawody były nazwane Olimpijskie i wszystkie klasy reprezentowały inne państwo. Tosi klasa z dumą nosiła barwy Polskie. Bardzo to było poruszające

  

 Kolejne ważne wydarzenie to Lekkoatletycznych Mistrzostwa Okręgu. Pogoda dopisała aż za dobrze i muszę powiedzieć, że po 2 godzinach w 34 stopniach w pełnym słońcu, kiedy zaczęły się Tosi najważniejsze konkurencje ja czułam, że nie mogę oddychać i chodzić a co dopiero biegać czy skakać. Więc naprawdę duży szacunek dla dzieciaków. Tosi udało się zdobyć medal w skoku wzwyż. Rodzice bardzo dumni.

Wręczenie ze względu na pogodę zostało odłożone i nasze dzieciaki dostały swoje trofea na imprezie kończącej sezon, po wręczeniu i napełnieniu żołądków odbyły się kolejne zawody, tym razem kręgle, ale było więcej zabawy niż prawdziwej konkurencji.

 

No i najważniejsze. Zakończenie szkoły. Wzruszające, ale na luzie. Tematem przewodnim imprezy były Hawaje, było więc mega kolorowo. Po krótkiej części oficjalnej dzieciaki czytały nazwiska a nauczyciele i dyrektor wręczali Certyfikaty ukończenia szkoły i kolorowe kwiaty. Nie obyło się bez wstydliwych momentów, bo nie wiem czemu w trakcie całej uroczystości z brawami lub wiwatami wyrywali się tylko nieliczni rodzice. Mój sąsiad, tato koleżanki Tosi krzyknął imię swojej córki jak wyczytano jej imię i stwierdził, że musiał zrobić jej odrobinę obciachu. Ja stwierdziłam, że nie jestem taka odważna, więc zadeklarował, że może zrobić to za mnie, co też uczynił. Dobrze, że można liczyć na pomoc dobrych ludzi, w zawstydzeniu własnej córki.

Na koniec nauczyciele obrzucili dzieciaki kolorowymi piłkami i zaprosili na poczęstunek.

Dla mnie dodatkowo ważne było jeszcze jedno. Na ścianie szkoły, którą Tosia opuszcza po półtora roku uczęszczania wisi potwierdzenie wyczynów drużyny biegowej, których Tosia jest współautorem. Zostawia tutaj po sobie jakiś ślad. Fajnie

tex mex

Tym razem zabiorę was do wspólnego smakowania Teksasu. Muszę przyznać, że byłam bardzo ciekawa, jak on smakuje, bo jest to jedna z najbardziej słynnych kuchni amerykańskich, można ją zobaczyć w wielu filmach i stąd też zaczerpnęliśmy jeden z pomysłów. Oglądaliśmy film Chef, w którym główni bohaterowie zatrzymują się w kilku najbardziej kultowych spożywczo miejscach, jedno z nich to teksański grill, w którym można spróbować długo wędzonego w gorącym dymie mięsa, które po takiej operacji rozpływa się w ustach.

Po przeczytaniu kilku recenzji i rankingów znaleźliśmy 2 z dobrą, ale nie przesadnie drogą kuchnią, jedna to właśnie grill, a druga to tak zwany tex-mex, czyli kuchnia meksykańska, która po wielu latach bytności na już amerykańskiej ziemi na pewno jest trochę zmieniona smakowo, chociaż nazwy dań pozostały.

Tak więc na naszym stole wylądowały nachosy z kurczakiem i sosem serowym, na przystawkę. Dania główne to taco i empanady. Rybne taco zaskakiwało smakiem grillowanej ryby, przyprawionej w zupełnie niecodzienny dla nas sposób, moim dodatkiem do dania były frytki z juki. Warto spróbować, ale powtarzała już chyba nie będę, bo dla mnie za suche i za mączne. Prawdziwym hitem były empanadas, które miały tek delikatne ciasto, że prawie go nie było czuć, ale było przyjemnie chrupiące i wcale nie tłuste, a nadzienia powalały na kolana. Ja z Arkiem jadłam wersje z kurczakiem, który był miękki, delikatny pełen smaku, ale nie przesadnie ostry, dziewczyny wybrały wersję na słodko, Tosia z nadzieniem z karmelowo- bananowym, a Amelia z puddingiem czekoladowym i sosem malinowym. W dalszym ciągu jak myślę o tym, to ślinka mi cieknie w kąciku ust, bo dziewczyny były tak wspaniałomyślne, że dały nam trochę spróbować, popiłam to wszystko mrożoną margaritą o smaku mango i byłam w kulinarnym niebie.

Wyprawa do Blanco BBQ, to oczywiście głównie smaki mięsa. Nie zamawialiśmy żadnego gotowego dania, tylko skorzystaliśmy z opcji skomponuj swój talerz i wzięliśmy wszystkiego po trochę, czyli w sumie wszystkiego bardzo dużo. Mięsko było niesamowite, pełne dymnego smaku i doskonale przyprawione. Widać było po wielkości sali, że to jedno z ulubionych miejsc lokalesów, bo mieściło naprawdę dużo osób, my byliśmy w czasie między lunchem a obiadem, więc udało nam się dostać wszystko prawie bez kolejki, ale czasami trzeba tu czekać na stolik ponad godzinę. Tak sobie myślę, że w Polsce chyba nie ma takich miejsc, że klient czekałby godzinę na stolik w restauracji uśmiechnięty bez pewności, że uda mu się coś zjeść, bo takie miejsca są otwarte do wyprzedania mięsa zrobionego w nocy, jak mięso się skończy, to można przyjść jutro. Dobre.

kowboje

Oczywiście w trakcie naszej wyprawy nie mogliśmy sobie darować odwiedzin w typowo teksańskim sklepie. Po godzinnym spacerze między półkami wyszliśmy jednak z niczym. Chyba nie nadajemy na tych samych falach co Teksańczycy, którzy się tu zaopatrują.

Znaleźliśmy za to spodnie, które są już legendą w mojej rodzinie. Mój mąż zamówił sobie kiedyś do Polski spodnie ze Stanów. Prawdziwe, amerykańskie, kowbojskie Wranglery, do tego super tanie. Jak przyszły i je założył, to okazało się, że nie jest w stanie zgiąć nogi w kolanie i prawie może zrezygnować z górnej części odzienia, bo spodnie kończą się mniej więcej pod pachami. Uwielbiam te spodnie. Może kupię sobie jedne na pamiątkę i powieszę na ścianie.

Teksańczycy też bardzo wyraźnie pokazują, że każdy z nich ma broń i potrafi jej użyć. Robią nawet pamiątki z tym przesłaniem.

wakacje

Na wakacje do Polski. Niby normalna sprawa, ale dla nas jednak wyjątkowa. Lecimy same babki, bo Arek musi pracować. To chyba najbardziej wyczekiwane wakacje w całym naszym życiu. Wyjeżdżając miałyśmy tysiąc planów, myślę, że udało nam się zrealizować sporo, ale oczywiście nie wszystkie.

Zostałyśmy cudownie przyjęte przez rodzinę i znajomych. Okazuje się, że niektóre relacje zacieśniły się po wyjeździe. To naprawdę niesamowite spotykać się ze znajomymi w takim zagęszczeniu i tak intensywnie. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam i to było cudowne przeżycie. Dziękuję wszystkim Myślałyśmy, że miesiąc to bardzo dużo czasu, ale okazuje się, że zdecydowanie za mało, żeby spotkać się ze wszystkimi.

Niektórych rzeczy nam brakuje, innych zdecydowanie nie. Na maksa tęskniłyśmy za naszym cudownym jedzeniem. Szkoda, że nie można najeść się na zapas, chociaż dzielnie próbowałyśmy.

 Udało mi się odwiedzić moich przyjaciół w Rzymie, (ale o tym w osobnym tekście, bo obiecałam) Poznaniu i Sosnówce, każde miejsce niesamowite i wiąże się z cudownymi wspomnieniami.

Mam nadzieję, że jeszcze trochę takich wakacji przed nami, tylko niech pożegnania będą zdecydowanie łatwiejsze, bo ten wyjazd był zdecydowanie za trudny, trudniejszy niż za pierwszym razem. Ale cóż damy radę.

Smacznie w Porto

Wszyscy jadąc do Porto dowiadują się, że najbardziej typowe potrawy regionalne to suszony dorsz i kanapka francesinha i to jest prawda, ale warto też próbować wszystkich innych wspaniałości.

Dorsz czyli bacalhau występuje we wszystkich postaciach i we wszystkich jest fantastyczny, pod warunkiem, że jest dobrze przyrządzony, a tak jest w prawie wszystkich knajpkach. Miejsce do jedzenia wybieramy na nos i oko, czyli zaglądamy ludziom w talerze, patrzymy jakie są porcje, czy ładnie wyglądają,  jakie są miny jedzących i jakie unoszą się zapachy? Ważne jest czy jest dużo wolnych stolików i oczywiście jakie są ceny. Jeszcze w Polsce spisałam sobie w telefonie potrugalskie nazwy wszystkich interesujących mnie potraw. A więc: małże, krewetki, ośmiornica, kalmary, różne gatunki ryb. Zdecydowanie przydało się, bo w mniej znanych miejscach obsługa często mówi tylko po portugalsku.

bacalau-a-bras  malze porto-233 porto-390

Bacalhau a bras to było nasze odkrycie jeszcze na wyjeździe w Lisbonie, za każdym razem jest trochę inny, odkrywa smaki, których nie znamy. Kolejna odsłona, tym razem związana z Porto nierozerwalnie to bacalhau a douro z dodatkiem krewetek i kawałkiem smażonego dorsza. Jest to danie, którym może najeść się każdy głodomór.

W małej knajpce na Vila Nova de Gaia odkrywamy proste danie z krewetek, które powala nas na kolana i wracamy tam przez dwa wieczory, jedząc krewetki nawet na deser. Nasze serce podbiła tam również bardzo przyjemna i szczera obsługa. Kelner mówi nam po cichu, po próbie zamówienia kalmarów, że kalmary nie, bo mrożone, ale krewetki super świeże.

porto-751

Najlepszą doradę znalazłyśmy na Rynku Bolhao. Przyniesiona świeżutka ,ze stoiska obok, prosta, grillowana z solą morską. Na deser, kilka kroków dalej kupiłyśmy: figi, marakuje, papaję. Żyć nie umierać. Potem w maleńkiej knajpce pyszne cafe pingalo i pastel de nata. Hmmm….

Porto w Porto

Przynajmniej w jedno popołudnie, (najlepiej nie weekend, bo wtedy jest za tłoczno) trzeba przejść na drugą stronę mostu. Trafiamy do dzielnicy Vila Nova de Gaia, która jest królestwem porto. Tutaj wzdłuż rzeki znajdują się miejsca do degustacji i piwnice wszystkich większych dystrybutorów porto. Koniecznie trzeba sprawdzić, kiedy możemy umówić się na zwiedzanie i przynajmniej w jednej piwnicy posłuchać o historii tego cudownego wina.

douro-1 douro

My wybrałyśmy się  na zwiedzanie do piwnicy Calem. Koszt 6 Euro zawierał w sobie półgodzinne zwiedzanie z przewodnikiem                   i degustację 2 rodzajów porto. Dowiedziałyśmy się bardzo wielu ciekawostek. Oczywiście nie zdradzę wszystkiego, ale pan przewodnik pięknie i naprawdę prostym angielskim opowiadał, skąd bierze się smak wina, w jaki sposób zatrzymywana jest fermentacja, jak robi się wino porto Tawny, a jak Ruby. Dlaczego leżakowanie wina odbywa się w piwnicach wzdłuż rzeki Douro, a nie na winnicach jak dzieję się chyba ze wszystkimi innymi gatunkami wina. Niesamowitą informacją było to, że co kilka lat wszystkie piwnice w Porto są zalewane przez rzekę, ale okazuje się, że nie jest to problemem. Dębowe beczki w których przechowywane jest wino są tak wytrzymałe, że wszyscy biorą sobie wtedy wolne i bez żadnego stresu czekają aż rzeka ustąpi.

calem

Delektując się pysznym winem, którego koszt za kieliszek (nie bardzo starego) to ok. 2 Euro, a butelka ok. 12 Euro, możemy przechodzić od winiarni do winiarni. Oczywiście nie byłybyśmy sobą gdybyśmy nie zapuściły się w piękne wąskie uliczki, szukając czegoś niezwykłego i udało się. Cudowna prawie pusta piwnica Real Companhia Velha podbiła nasze serca. Tam próbowałam najlepszego białego wytrawnego porto  i cudownego słodkiego Moscatela. Nie poprzestałyśmy na kieliszku tylko wyszłyśmy z butelką.

sandemaan porto-281 moscatel

Porto Subiektywnie

Portugalia to miejsce, które odczuwam każdą komórką mojego ciała. To po prostu miłość.

Przed każdym wyjazdem staram się poczytać  trochę o miejscu do którego jadę. Z przewodników czy wpisów internetowych dowiaduję się najważniejszych informacji o kulturze, największych atrakcjach turystycznych  i lokalnym jedzeniu. Planowanie podróży wprowadza w stan euforii i przedłuża cieszenie się podróżą.

ocean-i-ja

Zwiedzanie każdego miasta zaczynamy od sprawdzenia  komunikacji, ale Porto jest „do schodzenia”. Z komunikacji korzystałyśmy tylko po to aby dostać się nad ocean i na lotnisko. Potem  wyznaczamy sobie główne miejsca, które chcemy zobaczyć – reszta przyjdzie sama. Każdego dnia wieczorem myślimy gdzie wybierzemy się  następnego dnia. Plany oczywiście są często zmieniane, bo coś nas zachwyci i zajmie dużo więcej czasu, albo odwrotnie – pogoda też czasami płata figle, ale bez tego nie byłoby przygody.

W Porto mieszkałyśmy 200 metrów od Katedry Se, i Rua Santa Catarina – to  handlowa ulica  Porto. Dojście na piechotę  w dowolne miejsce w centrum nie zajmowało nam więcej niż 20 minut.

Moim zdaniem zwiedzanie należy zacząć od górnej części mostu Ponte de D. Luis I, jeżeli traficie na słoneczny dzień widoki są niesamowite.

z-mostu

Jak już zakochacie się w Porto, a jest to nieuniknione, można zejść schodami na dolny poziom i udać się na spacer wzdłuż rzeki. Po lewej stronie cisza i spokój, po prawej kawiarnie, restauracje i sklepy z pamiątkami. Piękne zapachy, kolory, dużo uśmiechów, ciekawe elementy architektury i wąskie uliczki. Odchodząc od rzeki trafiamy na plac Henryka Żeglarza, Pałac Giełdy i kościół św. Franciszka jedyny gotycki kościół w Porto. Niestety wejścia do Pałacu i Kościoła są płatne.

wiodok-na-douro

Odchodząc od rzeki można znaleźć prawie tajemne schody między budynkami i wejść na górny poziom gdzie znajduję się punkt widokowy Miradouro da Vitoria,  widok na rzekę i Katedrę SE. Tam też można odpocząć w maleńkiej kafejce, gdzie zmawiając cafe pingalo i pastel de nata płacimy ok.1,3 E. Można tam poznać wspaniałego właściciela, który mówi tylko po portugalsku, ale rozmawiamy z nim pół godziny i nie wiem jak, ale rozumiemy cześć z tego co mówi. Tłumaczy nam, że żeby przejść do toalety trzeba się schylić, bo on jest mały i jak budował to patrzył na siebie.

Porto subiektywnie

Porto subiektywnie

cafe-pingalo-pastel-de-nata

cafe pingalo i pastel de nata

W zależności od tego ile czasu będziecie siedzieli w kafejkach, barach, restauracjach tyle zostanie na zwiedzanie, czasami trudno zachować proporcje.

Kolejnym miejscem, które zachwyca jest Katedra SE, dotąd widziana tylko z daleka. Od strony rzeki trzeba się  trochę  do niej powspinać, z górnej części jest doskonale widoczna i bardzo łatwo ją namierzyć. W katedrze warto poświęcić kilka Euro i wejść na dziedziniec gdzie ściany zdobią  piękne azulejos i ciekawe zbiory muzealne, na szczęście nie za dużo turystów wybiera tę opcję więc można się zapomnieć i pooglądać wszystko na spokojnie.

katedra-se

katedra-se1katedra-se

Potem trzeba trochę zagubić się w Porto. Na dłuższą chwilę zawieszamy się po wejściu do Dworca Sao Bento, bo odbiera nam głos na widok cudownych azulejos. Idziemy ulicą Santa Caterina, zwiedzamy Targ Bolhao, gdzie oczywiście robimy przerwę na posiłek, Plac Aliados, a potem na azymut. Co jakiś czas znajdujemy piękne place, odkrywamy cudne budynki, bądź elementy architektury.

aliadosplac

W piątek i sobotę wieczorem warto wybrać się na Aliados i zobaczyć  jak bawią Portugalczycy, spokojne w dzień ulice zamieniają się w jedną wielką imprezę, Największy ruch zaczyna się koło 12 w nocy, więc do tego czasu możemy pooglądać Porto nocą.

porto-noca

widok-wieczorem

W najcieplejszy dzień naszego wypoczynku  warto wybrać się nad ocean. Większość przewodników poleca malowniczy kurs tramwajem, ale są one zazwyczaj bardzo zatłoczone i nie jeżdżą punktualnie, dlatego lepszym rozwiązaniem jest autobus. Ocean tchnie taką mocą, że cieszymy się jak dzieci, robimy setki zdjęć każdej fali, a potem odpoczywamy między skałami ciesząc się słońcem. We wrześniu plaże są prawie puste a pogoda cudowna. Na pożegnanie oceanu idziemy do latarni morskiej i na molo Felgueiras. Tam jesteśmy tylko my i ocean.

ocean-1

widok-ocean

Uwielbiam …….

Uwielbiam podróże i ich planowanie. Przygotowuję się dobrze do każdego wyjazdu, czy są to wakacje, czy wypad weekendowy. Lubię kupować mapy, po których odbywam najpierw podróż palcem i przewodniki, które dają  zawsze ogólną  wiedzę o miejscu do którego jadę. Jednak wiedza zdobyta na miejscu i to co sama odkryję to jest to co lubię najbardziej.

Chciałabym namówić wszystkich do organizowania sobie takich małych i większych wyjazdów, bo dają one poczucie wolności, podnoszą poczucie własnej wartości i dają dużo radości. Ja oprócz wyjazdów wakacyjnych wprowadziłam z moimi znajomymi tradycję. Wyjeżdżamy co 2 lata we wrześniu do jakiegoś ciekawego miasta w Europie. Zaczęło się o trzech dziewczyn, a najwięcej jechało nas 7. To już było wyzwanie organizacyjne. Wszystkie wyjazdy były świetne i co jest równie ważne, dzięki temu, że organizujemy je same są znacznie tańsze.

Teraz garść konkretów.

5-6 dniowy wyjazd, koszty na jedną osobę. Lot od 200 do 700 zł, 5 noclegów można znaleźć za ok 400 zł i wyżywienie od 400 do 700 zł. W każdym oczywiście przypadku mówimy o tanich liniach lotniczych, nie śpimy hotelach, ale szukamy mieszkań do wynajęcia (tu pomagają portale www.bookingg.com, www.only-apartments.com i pewnie wiele innych). Plusem jest to, że ciekawe mieszkania można znaleźć w samym centrum i są one często naprawdę przyjemnie urządzone. A jeżeli chodzi o jedzenie, a jest to bardzo ważny aspekt wszystkich wyjazdów, to oczywiście rzadko  jemy w miejscach turystycznych, szukamy małych knajpek w których jedzą miejscowi. Tam zawsze można dostać pyszne, świeże, lokalne jedzenie w dobrych cenach.

 

Zatem do dzieła. Jeżeli ktokolwiek zorganizuje sam jakiś fajny wyjazd proszę dajcie mi znać.