Posts Tagged: #germantown

stylowa zabawa

Tym razem naprawdę było szaleństwo. Impreza świąteczna zorganizowana przez Arka firmę miała motyw przewodni – Lata dwudzieste. Musieliśmy trochę pokombinować, ale dzięki mojemu ulubionemu sklepowi, czyli Hobby Lobby (jest to sklep ze wszystkimi pierdołami świata, głównie dla wszystkich rękodzieł) obyło się bez większych kosztów. Liczy się pomysł, a potem można poświęcić trochę czasu na tworzenie dodatków.

Impreza zaczęła się oficjalną przemową, potem był obiad, dwa drinki na głowę gratis, loteria z naprawdę ciekawymi nagrodami i małe kasyno. Każda para dostawała 100 dolarowy żeton i miała spróbować zwiększyć ilość kasy. Niektórym się udało. Zwycięzca miał ponad 2,5 tys. Dolarów. Ja przegrywałam w tempie rekordowym, więc szybko się poddałam, Arek walczył dłużej, ale i tak wrócił z pustymi kieszeniami.

W zeszłym roku byliśmy na tej imprezie dość osamotnieni i w związku z tym trudno było o dobrą zabawę, za to w tym roku już zupełnie inaczej, można się było pośmiać, powspominać.

Oczywiście przy okazji imprezy powspominałam polskie wigilie firmowe. Nie wiem która opcja bardziej mi się podoba, polska, czy amerykańska, obie mają swoje lepsze i gorsze strony, ale zdecydowanie na pewno amerykańskie jedzenie jest zdecydowanie gorsze niż polskie.

a jednak nowe

Weszliśmy w drugi rok naszego pobytu w Stanach. Trochę to dziwne uczucie, bo do tej pory pobyt tu kojarzył nam się z samymi nowościami a teraz ma się coś powtarzać? Dziwne, ale jak się okazuje nie do końca. Bo niby wydarzenia prawie takie same to jednak dla nas inne.

Pierwsze było włączenie światełek w pobliskim Collierville, impreza podobała nam się już w zeszłym roku, więc postanowiliśmy powtórzyć. Ale ten rok był zupełnie inny, byliśmy zdecydowanie lepiej przygotowani wiedzieliśmy, gdzie najlepiej zaparkować, wiedzieliśmy, że trzeba przyjechać trochę wcześniej, żeby nie zabrakło dla nas szalonych okularów i gorącej czekolady z przerażająco słodkimi marshmallow, a najważniejsze było to, że wiedzieliśmy, którędy idzie Mikołaj, więc zajęliśmy pozycje strategiczne i w tym roku Tosia ma zdjęcie z Mikołajem z tego magicznego miejsca.

Drugim takim wydarzeniem była parada świąteczna w Germantown. W zeszłym roku cieszyliśmy się z ładnej pogody i przygotowaliśmy się mentalnie do świąt, a w tym roku braliśmy czynny udział w paradzie. Oczywiście dzięki Tosi, której drużyna biegowa została wytypowana do reprezentowania szkoły, a trener zaprosił też rodziców. Muszę przyznać, że zdecydowanie większym przeżyciem jest maszerowanie wśród tłumu, niż tylko oglądanie. Tosia wzięła o jeszcze bardziej do siebie i stwierdziła, że po roku pobytu w Stanach jest już sławna.

To że naszej starszej córki nie ma na zdjęciach, to nie oznacza, że wypisaliśmy ją z rodziny, ona po prostu w takich banalnych wydarzeniach nie bierze udziału

Party na maxa

No I znów imprezuję nie ja, tylko maja córka.

Jest to jedno z wydarzeń, które bardzo lubię. Na zakończenie sezonu biegowego Tosi, trener ogłosił imprezę. Okazało, że odbywa się ona w domu dziewczynki z drużyny, rodzice zgodzili się na udostępnienie powierzchni (trzeba dodać, że mają powierzchnię wystarczającą do tego). Zrzuciliśmy się na pizzę i jakieś napoje. Pomysł świetny, bo wyszło bardzo oszczędnie, pięć dolarów za osobę.

Dzieciaki najpierw poszalały trochę na dworze, a potem trener ogłosił wręczanie nagród. Świetną informacją było to, że udało mu się namówić władze szkoły, żeby dali fundusze na zrobienie dla każdego dziecka kopii trofeum z najważniejszego wyścigu drużynowego. Do tego dorzucił medale indywidualne, dla dzieciaków z miejscem uzależnionym od wyników.

Po tej uroczystości wszystkie dzieciaki były wniebowzięte i zasiadły do obejrzenia filmu, który przygotował trener. Poskładał fotki i filmiki z całego sezonu i dodał do nich zabawne komentarze. Na koniec wrzucił krótkie wywiady ze wszystkimi dziećmi, które są teraz w piątej klasie i to ich ostatni sezon jesienny w klubie. Muszę przyznać, że dla mnie był to prawdziwy wyciskacz łez, a dla dzieciaków na pewno niezapomniane wspomnienia. Dwugodzinna impreza, w sumie nie dużo, ale jednak bardzo dużo.

IMG_2053 IMG_2054 IMG_2058

rocznica

Rocznica naszego pobytu w Stanach wypadła dokładnie w Święto Dziękczynienia, jest to dość symboliczne, bo to jedno z najważniejszych Świąt tutaj, a do tego wszyscy zastanawiają się za co są wdzięczni. Przy okazji tego rachunku sumienia wyszło nam, że jesteśmy naprawdę zadowoleni. Przeprowadzka do Stanów totalnie wywróciła nasze życie do góry nogami, ale już trochę okrzepliśmy w tych zmianach i przystosowaliśmy się do nowej rzeczywistości. Ten rok, to był na pewno rok pełen wyzwań. Chyba była to największa kumulacja w moim życiu, ale to doświadczenie spowodowało, że mniej się boję nieznanego, bo wiem, że jesteśmy skłonni poradzić sobie w każdej sytuacji. Okazuje się, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych. To czego dokonały dziewczyny w szkołach nadal jest dla mnie trudne do uwierzenia, Amelia uczy się na równi z Amerykanami, chodzi z nimi na angielski i ma świetne oceny. Tosia mówi bez akcentu, pisze wypracowania po angielsku a do tego była w reprezentacji szkoły na zawodach o randze krajowej w biegach przełajowych. Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że jest to możliwe, to na pewno nie uwierzyłabym.

2016

2017

Oczywiście w tej misce miodu jest odrobina goryczy. Bardzo, ale to bardzo brakuje nam naszych bliskich, na szczęście istnieją teraz wszystkiego rodzaju komunikatory i możemy być w kontakcie, ale to jednak nie to samo. Bardzo się cieszę z każdej wiadomości od znajomego z Polski, bo za każdym razem utwierdza nas to w przekonaniu, że jesteśmy ważni dla ludzi, którzy teraz są bardzo daleko od nas. Brakuje nam również europejskiego stylu życia i polskiego jedzenia, ale za to mamy super możliwości poznawania ludzi z całego świata, a co się z tym często wiąże kuchni całego świata. Często rozmawiając okazuje się, że różnice pomiędzy kulturami nie są wcale takie duże, jak nam się wydawało, bo podczas rozmowy zaczynamy znajdować wiele podobieństw i wpływów jednej kultury na drugą.

Święto Dziękczynienia spędziliśmy w towarzystwie dwóch Duńczyków, którzy uwielbiają Polskę i polskie jedzenie, to naprawdę zawsze cieszy. Nakarmiliśmy ich mieszanką polsko amerykańskiej kuchni, bo nie mogło zabraknąć indyka pieczonego, czyli dania typowo amerykańskiego. Bardzo bałam się tego ptaka, bo nigdy nie przyrządzałam czegoś tak wielkiego i bez konsultacji z Polską (dziękuję bardzo Ani i Irkowi) chyba nie byłoby pełnego sukcesu. Pytałam o przepis amerykanów, ale oni nie przywiązują uwagi do szczegółów, a my zdecydowanie tak. Dodatkami do 5 kg stwora były: polskie puree zawsze pyszne, amerykańskie puree ze słodkich ziemniaków z cynamonem zaskakująco dobre, konfitura z żurawina z sokiem z pomarańczy domowego wyrobu boska, zielona fasolka normalna, polska mizeria zawsze najlepsza. Muszę przyznać sama przed sobą, że obiad był niesamowity. Na deser zrobiłam sernik polsko włoski z sosem truskawkowym, użyłam ricotty, bo polski biały ser jest w Memphis nie do dostania.

Przy takim jedzeniu możemy dziękczynić.

Zastanawialiśmy jakie wydarzenia z ostatniego roku były dla nas najważniejsze, które pozostaną w naszej pamięci na długo. Dla Arka było to zaćmienie słońca i z tym ja również się zgadzam. Dla mnie dodatkowo wszystkie koncerty. Każdy z nich był niesamowity. Dla Amelki wyjazd do Uniwersal Studio w Orlando i zatopienie się w świecie Harrego Pottera, a dla Tosi jej biegi, to że zakwalifikowała się to szkolnej drużyny i wszystko co dzięki temu z nimi przeżyła.

Halloween

Pierwszy Halloween za nami. Muszę przyznać, że oczekiwałam po nim dość sporo. Szaleństwo w sklepach zaczęło się bardzo dawno, można było kupić miliony ozdób domowych, rzutniki do wyświetlania przerażających rzeczy na domach oraz setki najprzeróżniejszych kostiumów.

Pierwsza rzecz, która dość mocno mnie zdziwiła, to że świętowanie to nie tylko jeden dzień, równie ważne były imprezy organizowane w weekend przed Halloween. Były to albo imprezy przebierane, ale w stylu meksykańskim, czyli ubranie białe, czarne, lub mieszane i ewentualnie dość charakterystyczny makijaż

My nie imprezowaliśmy nie za dużo, w niedzielę spotkaliśmy się z kilkoma znajomymi przed ich domem, dzieciaki trochę poszalały, a my pełen luzik.

Na halloweenowy wieczór umówiliśmy się na chodzenie po zmroku dość dużą grupą znajomych. Przyznaję, że było bardzo fajnie spacerowaliśmy po okolicy, dzieciaki biegały od domu do domu. Ale nie wszystkie domy brały udział w zabawie i to też mnie zdziwiło. Żeby dostać cukierki trzeba było szukać domów, które nosiły oznaki świętowania. Dzieciaki wypatrywały więc dyń, kościotrupów, pająków. Niektóre domy były na prawdę niesamowicie przygotowane, spotkaliśmy wiedźmę siedzącą przed domem w obłokach dymu, przed jednym domem paliły się ogniska, czasami mieliśmy wrażenie, że chodzimy po cmentarzu.

Ogólnie oceniam wieczór na bardzo udany. Miły spacer w miłym towarzystwie. Tosia wróciła z pełnym wiaderkiem słodyczy i teraz będzie problem, żeby ją pilnować, żeby nie zjadła wszystkiego na raz, bo padnie z nadmiaru cukru.

Falcons czyli sokoły

Siedzą we mnie takie emocje, że mam ochotę zacząć od końca, ale spróbuję jednak od początku. Moja młodsza córka dziesięcioletnia Tosia postanowiła wypróbować swoich sił w bieganiu i jeszcze w czasie wakacji chodziła na treningi przygotowawcze, żeby wziąć udział w eliminacjach do drużyny, zwanej Falcons czyli sokoły. Konkurencja była duża i trudna, bo brały w niej udział również dzieci które biegały cały poprzedni sezon. Do przebiegnięcia były 2 mile, do drużyny kwalifikowała się najlepsza piętnastka dziewczyn i chłopców.  Udało się Tosia była 14.

No i zaczęło się. Cztery razy w tygodniu treningi, a po miesiącu w każdy poniedziałek po szkole wyścig. Wyścigi nazywają się Cross Country, dzieciaki biegają 1 milę w terenie, po trawie, często pod górkę, często w temperaturze 30 stopni. Każdy wyścig był punktowany i kwalifikował dzieciaki do następnego etapu, czyli zawodów regionalnych. Każdy wyścig to było duże wydarzenie, były 4 kategorie biegaczy i w każdej ok. 250 osób. Organizacja musiała być naprawdę sprawna, żeby to wszystko ogarnąć.

Wyniki Tosi z wyścigu na wyścig były coraz lepsze. Trener stał się najważniejszym człowiekiem na ziemi. Drużyna radzi sobie super. Mają swoje przywitanie, zawołania, tajne kody, tajne narady. Szał w trampkach.

 Oczywiście wszystkie dzieci mają jednakowe stroje, plecaki, butelki. Rodzice też się załapali na koszulki, żeby lepiej kibicować.

Aby integracja była jeszcze większa i żeby dzieciaki zdobywały jak największe doświadczenie trener z pomocą rodziców zorganizowała bieg na dwie mile na terenie szkoły. Wyścig był dla dzieciaków ze wszystkich podstawówek z naszego miasteczka. Poświęcenie duże, bo bieg kończył się po zmroku, ale radość też duża, bo dziewczyny zajęły pierwsze miejsce, chłopcy drugie. Na zakończenie dzieciaki piły toast z wygranego pucharu.

 

W tak zwanym międzyczasie pomimo braku wiary w siebie Tosia przebiegła pierwszy wyścig, na 5 kilometrów i to chyba dodało jej skrzydeł. W wyścigu tym wzięła udział prawie cała moja rodzina, ja zostałam, żeby robić zdjęcia.

 

Następny wyścig drużynowy był genialny i dał dziewczynom awans do zawodów stanowych z pierwszego miejsca.  Tosia jak zaczęła treningi to charczała po 400 metrach, pierwszy bieg w wyścigu to rezultat 7.47, a jak zaczęła wierzyć w siebie to pobiegła 6.59. To było coś niesamowitego. Ona ryczała na mecie i ja też.

 A teraz zaczyna się ekstraklasa.

Do drużyny podstawowej zwanej Varsity Team na zawody stanowe dostało się 10 najlepszych dziewczyn i 10 najlepszych chłopców, dodatkowo startowała drużyna mieszana zwana Junior Varsity Team. Tosia jest dziesiąta w złotej dziesiątce, to jest niesamowite, biega 3,5 miesiące i będzie reprezentowała szkołę w zawodach tej rangi. Zawody są w Knoxville, 6 godzin od nas. Dzieciaki jada autobusem, na który udało nam się zebrać pieniądze. Organizowaliśmy min. imprezę dla całej szkoły. Trener jest już od kilku lat nadwornym dj, rodzice zorganizowali resztę. Zabawa była przednia. Najbardziej podobała mi się atrakcja polegająca na przyklejaniu nauczycieli do ściany. Niezłe??? W tym roku udało się, po odsunięciu ławki, na której stały nauczycielki, pozostały one niewzruszone na swoich miejscach.

 

 

Wracając do tematu głównego Pogoda w dzień wyścigów stanowych była szalona, rano 12 stopni a w południe 30 i pełne słońce. Ale pomimo tego dzieciaki pokazały co potrafią.

W konkurencji głównej biegły 297 dziewczynki i muszę przyznać, że to co zobaczyłam było oszałamiające. Wszystkie były niesamowite, te zawody zdecydowanie różniły się od poprzednich, bo poziom wszystkich był bardzo wyrównany. Emocje były tak wielkie, że próba nagrania filmu przeze mnie skończyła się fiaskiem, miałam trawę, niebo i czasami nogi. Tosia była 9 w swojej drużynie, udało jej się połknąć jedną dziewczynę. Drużyna dziewczyn skończyła zawody na 2 miejscu, a chłopców na 4, to znaczy, że obie drużyny jadą na Zawody Krajowe i to już jest prawdziwe szaleństwo, nie mogę w to uwierzyć, że za miesiąc moje dziecko zmierzy się z najlepszymi biegaczami szkół podstawowych w całych Stanach. Będę potrzebowała waleriany.

 

 

po zmroku

Ładna pogoda jak się okazuje daje dużo możliwości. Ten weekend upłynął nam pod hasłem kina plenerowego. Piątek był bardziej dla dzieci, pokaz odbywał się na skwerze przy centrum handlowym, jak się okazuje, niewiele trzeba, żeby zorganizować coś fajnego. Było trochę atrakcji dla dzieci, aby im pomóc zabić czas w oczekiwaniu na odpowiedni stopień ciemności. Dzieciaki dostały też, ciastka, trochę słodyczy, dyski do rzucania. Z tymi ostatnimi było trochę problemów, bo co chwilę ktoś obrywał w głowę. Była też mała loteria na zachętę i wyobraźcie sobie, że wygrałam bon na 20 dolarów na zakupy w Macy’s. Do takiego kina to ja mogę chodzić. My wyposażyliśmy się w koce i było całkiem przyjemnie, ale większość była jednak krzesełkowo – leżakowa.

 

W sobotę w naszym parku można było zobaczyć „Powrót do przyszłości”, klasyka, więc oczywiście zapadła decyzja, że idziemy. Tym razem Arek nie odpuścił krzesełek. Objechaliśmy całą okolicę w poszukiwaniu najwygodniejszych, bo kupić tylko ładne i tanie to każdy głupi potrafi. Znaleźliśmy cudnie wygodne z całym potrzebnym osprzętem, czyli kieszonkami na napoje. Oczywiście Arek ma taki z lepszymi kieszonkami i do tego dołożył sobie najlepszy kubek termiczny w całym sklepie – YETI, bo oczywiści był mu niezbędnie potrzebny do życia. Wszystkie inne są oczywiście beznadziejne.

 

Pogoda na spędzenie wieczoru na dworze była cudna. Księżyc świecił jak szalony. Zjechało się bardzo dużo ludzi. Oczywiście oglądanie bez jedzenia to nie oglądanie, więc nieopodal zaparkowały food tracki. Amerykanie jak zawsze z pełnym wyposażeniem, przygotowani do oglądania. W ważnych chwilach publiczność okazywała swoje zadowolenia. W kinie nie można być głośno, ale to nie kino więc były i brawa. Fajowo.

powrót

Po powrocie do Stanów. Jak to dziwnie brzmi. Zawsze wracałam do Polski. No ale na razie tak będzie. No więc, jak już wróciłyśmy to znów wiele rzeczy zaczęło mnie zaskakiwać. Pierwszą była fauna i flora.

Uderzyła mnie wszechogarniająca zieleń. Jestem w szoku, w lipcu są tutaj temperatury takie jak we Włoszech czy Hiszpanii a tam o tej porze roku trawa jest żółta, większość roślin jest podeschnięta od upałów, a tutaj wcale dużo nie pada, a wszystko zielone. Zagadka do wyjaśnienia. Ktoś? Coś?

 

A drugie to flora. Wszystko tutaj jest duże. Osa jest większa od polskiego szerszenia, lata tutaj strasznie dużo innych osobników, których nie potrafię nazwać, ale są ogromne. Biegające wszędzie jaszczurki już nie robią na nas takiego wrażenia, ale jak odzywają się cykady to dźwięk jest, jak od dużej autostrady. No dobra przyjemniejszy, ale jest naprawdę głośno. Cieszy mnie wielkość motyli, które są olbrzymie i piękne. Motyl wielkości wróbla to normalka, ale w pierwszym tygodniu biegałam za każdym próbując im się przyjrzeć dokładnie.

 

Do stałej temperatury 30 – 35 stopni jak się okazuje można się przyzwyczaić, trzeba tylko w ciągu dnia uratować się dodatkową kawą, bo z ciśnieniem dzieje się coś dziwnego. Znów opustoszały ulice i to jest coś czego naprawdę nie lubię, ale za to w parkach zawsze można liczyć na towarzystwo.

 Niektóre zwyczaje znów wywołują uśmiech, trochę tak jakbym o tym zapomniała. W Stanach, a przynajmniej w naszym stanie większość paczek doręcza się poprzez pozostawienie jej pod drzwiami. Pierwsze takie doświadczenie było dla nas szokiem. Arek prawie wszczął awanturę, bo jak jeszcze nas nie było to będąc w pracy dostaje maila, że przesyłka dostarczona. A zamawiał swój wymarzony ekspres do kawy, który do tanich nie należał. Więc jak to? Jaka dostarczona? Przecież on jest w pracy?

Okazało się, że leżała pod drzwiami kilka godzin i nic się z nią nie stało

Fajny zwyczaj? Chyba nie do powtórzenia w Polsce a szkoda, nie trzeba by było biegać na pocztę, umawiać się z kurierem.

Takie to nasze drugie początki.

 

jarmark

Wiosna rozgościła się na dobre więc zaczął się czas jarmarków, pojechałyśmy więc sprawdzić, jak jest. Lepiej? Gorzej? Podobnie?

Jeden z jarmarków odbywał się w małym miasteczku i zaraz na starcie zaatakował nas czerwony dwupiętrowy autobus, Tosia już miała ubaw, plac okazał się mega kolorowy. Stwierdzam, że jarmarki na całym świecie chyba wyglądają tak samo.

Najbardziej kolorowe były stoiska rockowej szkoły muzycznej i lokalnej grupy tancerek brzucha. Wszystko można zobaczyć na żywo, tancerki pominę milczeniem, ale szkoła rocka była niesamowita.

Było dużo stoisk z rękodziełem, największą popularnością cieszyły się chyba metalowe wiatraki, co druga osoba wychodziła zaopatrzona w wiatrak. Z produktów regionalnych był tylko miód, oczywiście spróbowany, kupiony, ale polski chyba lepszy i nie pytajcie, dlaczego, bo nie mam pojęcia. Nasz lepszy i tyle.

Ale najwięcej miejsca na placu zajmowały food trucki. W Polsce są stoiska, budki, a tutaj food trucki. Różnorodność duża, nie wszystko godne zaufania. Przynajmniej z wyglądu część wydawała nam się za sztuczna, taka trochę odgrzewana. Wiem, że nie wszystko da się zrobić tam na świeżo, ale część słynie z naprawdę dobrej jakości. Pomijam, że na zewnątrz było 30 stopni, więc w środku musiało być milion, ale obsługujący jakoś dawali radę.

Najbardziej popularne wśród amerykanów były corn dogi, czyli parówka w cieście kukurydzianym na patyku pieczona w głębokim oleju. Były również włoskie kiełbaski, polskie kiełbaski i duży wybór tacosów. Najpopularniejsze lody tutaj to po prostu chipsy mrożonej wody polane jakimś sokiem. Ja szczerze mówiąc nie ogarniam, jak można to jeść, a tym bardziej płacić za to, ale ludzie jedzą. O gustach ponoć się nie dysponuje.

Nasz wybór padł na kanapkę cubano i śniadaniową. Cubano bardzo chciała spróbować Amelia, chodziło to już po niej jakiś czas. Chyba pierwszy raz widzieliśmy ją w filmie „Szef”, który jest tak smakowity, że nie da się go oglądać na głodniaka.

Dania były niezłe, trochę za tłuste jak prawie wszystko tutaj, popite dość syntetyczną lemoniadą, chyba nie będziemy już powtarzały tych doświadczeń. Raz nam starczy.

zaskoczenia

Pierwszy wakacyjny weekend spędziliśmy nad jeziorem. Poznany tutaj bardzo miły Polak zaprosił nas na weekend do swojego domu nad jeziorem. Bardzo się ucieszyłam, bo to kolejne miejsce, które zobaczę, a cały czas mam główny cel: ZWIEDZANIE, ZWIEDZANIE, ZWIEDZANIE.

Każdy wypad nad jezioro kojarzy mi się z przyrodą, spokojem, leniwym życiem na plaży i wodzie. Wiedziałam, że jedzie jeszcze dwóch znajomych, którzy wędkują, więc miałam nadzieję na świeże rybki. Tosia marzyła o wędkowaniu, więc będzie mogła spełnić swoje marzenia. Żyć nie umierać.

Po przyjeździe na miejsce okazało się, że dom nad jeziorem jest dwa razy większy od naszego domu w Polsce. Muszę zaznaczyć, w tym miejscu, że był to weekend pełen zaskoczeń, więc nie mogę nie powtarzać ciągle słowa zdziwienie, po prostu, nie mogę.

 

Pierwszym dużym zaskoczeniem było to, że Jerzy powiedział, że ma łódkę w przystani tzw. ponton boat. Bardzo się cieszymy, łódka na jeziorze przydatna rzecz, jak ją zobaczyłam, to prawie usiadłam ze zdziwienia. To była kanapa boat. W takich waruneczkach jeszcze nie pływałam. Kolejne asy wyciągnięte z rękawa to opona ciągnięta przez łódź, na której moje dzieci popiskiwały z radości, skutery wodne, na widok których nawet mąż się ucieszył, dla nas to było bardzo dużo atrakcji jak na jeden weekend. Dziewczyny chodziły z wiecznym uśmiechem, a i tak nie skorzystaliśmy ze wszystkich dostępnych atrakcji, zostały nam jeszcze narty wodne, ale to może następnym razem, bo z nadmiaru atrakcji możemy paść.

 

Okazało się, że tak właśnie spędzają czas nad wodą amerykanie, a Jerzy jest tu już tyle lat, że zaczął brać z nich przykład, dla nas super. Jednym słowem było odjazdowo.

 

Próbowałam jeszcze zaszczepić w moim mężu miłość do wędkowania, bo uwielbiam świeże rybki, zobaczymy co z tego wyjdzie, ale będę starała się bardzo, bo chłopaki złapali trochę ryb i każda była pyszniejsza od poprzedniej, choć żadnej nie znałam wcześniej.

 

Ostatniego dnia popłynęliśmy, wspiąć się na górę/wyspę, żeby podziwiać widoki, które okazały się cudowne. Jezioro jest olbrzymie z wieloma zatokami, wpływa do niego pięć rzek. A nad górą cały czas latały orły, nie widziałam ich jeszcze z tak bliska, robią niesamowite wrażanie.

 

Przy wyspie czekała nas kolejna niespodzianka, czyli toaleta na wodzie. Prawie popłakałam się ze śmiechu. Wszyscy chcieli skorzystać.

 

Wracając popływaliśmy trochę w jeziorze, woda cudownie ciepła, jak u nas na koniec lata. Wysokie temperatur mają swoje plusy.

W tak zwanym między czasie dostałam informację, że w miejscowości, w której mieszkamy w tym czasie przeszło małe tornado, wiele zwalonych drzew, w naszej okolicy nie było prądu prawie przez dobę, a w niektórych częściach Memphis nie będzie przez kilka dni. Jeszcze bardziej cieszę się z naszego wyjazdu.