Posts Tagged: #podróż

świecimy w ciemnosci

Okazuje się, że nie trzeba dużo, żeby się świetnie bawić. Wystarczy fajny pomysł, a że ten wydał nam się ciekawy postanowiłyśmy spróbować. Wybrałyśmy się na wieczorną zabawę w Ogrodzie Botanicznym pod hasłem świecimy w ciemności.

Jedną z atrakcji był pokaz tańca ze świecącymi hula hop. Oczywiście wszyscy musieliśmy spróbować.

Kilku pasjonatów co roku organizuje imprezę, podczas której dzieciaki mogą bawić się na świeżym powietrzu, ale również trochę się dowiedzieć o wszystkim co związane z luminescencją. No i okazało się, że dorośli też nie wiedzą wszystkiego, kilka rzeczy było naprawdę nowych dla mnie.

Wysłuchałyśmy ciekawej opowieści o fluorescencyjnym planktonie. Mogłyśmy go oczywiście też zobaczyć, ale myślę, że wrażenie robi dopiero w dużych ilościach.

Super ciekawe były też fluorescencyjne kamienie. Okazuje się, że można znaleźć ich naprawdę sporo, niektóre świeciły same z siebie, a niektóre dopiero w świetle ultrafioletowym. Niesamowite było zobaczyć jak z szare bryłki przeistoczyły się w wielobarwne, świecące, niektóre nawet zmieniają kolory.

Pod koniec wieczoru to my byłyśmy szarymi kamyczkami, które zamieniły się w świecące szaleństwo.

Tak mi się podobało, że po powrocie do domu nie miałam ochoty tego zmywać. Jak myślicie? Dostanę rolę  w Avatarze?

pożegnaie

Jeszcze tylko kilka widoczków i ciekawostek i wracamy do rzeczywistości.

Podczas ostatnich kilku dni wędrówek udało nam się odnaleźć jeszcze kilka pięknych miejsc i przeżyć kilka przygód.

Podczas jednej z tras zobaczyliśmy niedaleko ścieżki łachę śniegu, oczywiście domyślacie się co zrobiły nasze dzieci, a szczególnie Tosia. Musiała zejść, żeby dotknąć śniegu w lecie w krótkim rękawku w otoczeniu kwitnącej łąki. Rzucanie śnieżkami w rodziców też jest super zabawą.

Kilka dni spędziliśmy po porostu szwędając się po okolicy i obserwując cudowne widoki. Opanowaliśmy na chwilę plac zabaw i nie tylko dzieci bawiły się tam świetnie.

Wybrałyśmy się z Tosią na kajak i to też była przygoda, bo ja byłyśmy po drugiej stronie jeziora niebo zrobiło się czarne, wiatr zaczął wiać nam w twarz dość mocno utrudniając nam powrót i zaczął padać deszcz, pan z wypożyczali ostrzegał nas, że w przypadku takiej pogody bardzo szybko zaczyna się burza i musimy wracać do na brzeg, ale na nasz brzeg miałyśmy strasznie daleko. Jeszcze nigdy tak szybko nie wiosłowałam. Tosia przejęła się bardzo swoją rolą i też dawała z siebie wszystko. Po całym jeziorze niosły się nasze głosy: prawa, lewa, prawa, lewa…. Aż Tosia zobaczyła Arka biegnącego brzegiem. Ja wiedziałam, że chce nam zrobić zdjęcia, a Tosia myślała, że się z nami ściga i włączyła niespodziewany osiemnasty bieg. Jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko poruszających się wioseł i oczywiście popłakałam się ze śmiechu. Dziecko wygrało.

Wybrałam się na samotną przechadzkę i natknęłam się na częściowo spalony las. Efekt był niesamowity, nogi miałam czarne do kolan miejsce wyglądało przerażająco i wyjątkowo. Dokoła miejsca pożaru wszystkie drzewa były pomarańczowe. Jak się dowiedziałam to zrzucony środek gaśniczy.

W jednej z naszej ulubionej miejscowości oprócz świetnych knajp z super jedzeniem wzdłuż drogi ciągnęły się donice z kolorowymi kwiatami, wokół których latały …. Kolibry. Czad. Można było podejść do nich naprawdę blisko. Uwielbiam. Uwielbiam. Uwielbiam.

Zakochałam się w Colorado, bardzo chciałabym tam wrócić.

czerwono mi

Zapuszczając się coraz bardziej w te dzikie tereny (no dobra może wcale nie są aż takie dzikie, ale brzmi nieźle) dosłownie nadziewamy się na niesamowity znak. Wprawdzie czytałam wcześniej o tym miejscu, ale zdążyłam zapomnieć. A znak informuje nas, że znajdujemy się w miejscu niezwykłym. Wszystkie wody znajdujące się po prawej strony od tego punktu wpadają do Atlantyku, a wszystkie po lewej do Pacyfiku. Ale czad. Ogarniacie, nawet jak deszcz pada to kropelki spadają niedaleko siebie, ale pędzą do dwóch różnych oceanów. Jestem pod wrażenie, z lekka dochodzi do mnie, że zachowuję się jak wariatka, ale kto mi zabroni.

Jedziemy dalej, głowy na sprężynkach, bo wszystko dookoła jest mega ciekawe, i nagle dojeżdżamy do wielkiej czerwoności. Czuję się jakbym przeniosła się o tysiące kilometrów, bo jeszcze przed chwilą byłam otoczona zielonym lasem i ostrymi szarymi skałami a teraz nastała czerwoność i klimat praktycznie pustynny, no może czasami preriowy. Zmienność krajobrazu jest niesłychanie zaskakująca.

Zaopatrujemy się w mapę tych czerwoności. Park nazywa się Ogród Bogów i jak głosi tabliczka został przekazany przez prywatną rodzinę dla rozkoszy gawiedzi, której teren ma być udostępniany za darmo.

Zrobiliśmy tysiące zdjęć (oczywiście część wariackich) zachwycała nas każda czerwona skała. Kolory są naprawdę obezwładniające i bardzo ostre, oczywiście zmieniają się w zależności od tego czy są w słońcu czy w cieniu. Myślę, że bardzo ciekawe byłoby spędzić tam cały dzień i co godzinę robić zdjęcie jednej skałce, żeby zobaczyć, jak zmienia się jej kolor. Trzeba by tylko mieć kogoś donoszącego wodę, bo temperatury panują tam zdecydowanie pustynne.

Cały czas pełni wrażeń przenosimy się kawałek dalej, do kanionu, już nie czerwonego i moja odważna rodzinka decyduje się na wszystkie szalone rzeczy jakich można tam doświadczyć. Amelia i Arek na huśtawkę nad przepaścią a Tosia mniej trochę łagodniej, ale też kończy się wiszeniem nad przepaścią. Ja trzymając się za serce robię im zdjęcia.

odkrywamy Colorado

Dotarliśmy do celu podróży. Jesteśmy teoretycznie w miejscowości, ale na samym jej końcu więc mamy święty spokój i cudowny widok na góry i jezioro. Tego mi było trzeba. Jak jestem nad morzem to wydaje mi się, że to lubię najbardziej, ale jak przyjeżdżam w góry to zmieniam jednak zdanie i tak na okrągło.

Jakoś blisko te góry dookoła, więc sprawdziliśmy na jakiej jesteśmy wysokości. Mieszkamy na 3000 metrów. O rany nigdy tak wysoko nie mieszkałam. Głowa trochę boli, ale mam nadzieję, że się szybko przystosujemy.

Oszczędzając wspomniane wcześniej kolano wybieram dla nas trasy raczej trekingowe z małymi podejściami. Pomimo tego widoki są cudne, niebo błękitne, piękne lasy i cudne jeziora. Nasz szlak prowadzi przez dolną część wodospadu. Na które ja się zatrzymuję a rodzina gna dalej. Idą zobaczyć jezioro, ale obiecali mi zdjęcia. Siedzę na skale i podziwiam piękne widoki gryziona przez bezlitosne komary, ale nawet to mi tak bardzo nie przeszkadza. Zawieszam się przy wodospadzie. Cały czas nie mogę się nadziwić, że weszłam na 3500 metrów i chodzę sobie i jest ciepło i nie ma śniegu, chociaż widać czasami małe skrawki w szczelinach górskich. W Europie na tej wysokości jest już poniżej zera i wieczny śnieg a ja w krótkim rękawku.

 

jedziemy

Jak zwykle droga przez Stany okazuje się bardzo ciekawym przeżyciem. Niespotykane dotąd widoki zawsze są ciekawe. Jedziemy Colorado. Zaraz po przekroczeniu granicy tego stanu, który zadziwia nas bezkresną płaskością po 13 godzinach podróży zatrzymujemy się na nocleg w maleńkim miasteczku. Hula po nim wiatr, zabudowa jest bardzo luźna, ratusz miejski wygląda jak mały stary pawilon handlowy, ale jest jedna atrakcja turystyczna – Karuzela. Stara, niesamowita, teraz schowana pod dachem. Kto na boga wybudował taką karuzelę na takim pustkowiu i dlaczego. Teoretycznie przy okazji budowania kolei, ale wciąż jest to dla mnie zaskakujące.

Kolejną przerwę robimy sobie w Denver. Miasto bardzo nam się podoba, jest dość europejskie, ludzie chodzą po ulicach, wylewają się z knajpek. Minusem jest bardzo duża ilość bezdomnych, a plusem ciekawe parki i bardzo artystyczny duch miasta. Spotykamy wiele ciekawych instalacji. Fajną wystawę z chińskimi znakami zodiaku, oczywiście robimy sobie fotki przy swoich znakach. Mijamy kolorowe budynki biblioteki i podziwiamy piękny park z wielkim budynkiem Kapitolu.

Na razie Colorado na plus, ale zostawiamy za sobą cywilizację i ruszamy w góry, które wyrastają znienacka i robią na nas  olbrzymie wrażenie.

IMG_4916

 

rachunek sumienia

Po niekrótkiej przerwie, to znowu ja. Muszę zrobić mały rachunek sumienia i przyznać, że na dłuższą metę pisanie bloga nie jest wcale takie łatwe, bo jak pierwsza ekscytacja już minęła to często po prostu mi się nie chce, bo mam milion innych rzeczy do zrobienia, albo zapominam o robieniu zdjęć do wpisu i pisanie jest bez sensu. Ale wróciłam niedawno z wyprawy do Polski i jestem bardzo pozytywnie naładowana, od wielu znanych i nieznanych osób usłyszałam wiele miłych słów i że nadal interesują was moje przeżycia.

Ale nim wrócimy do US trochę o Polsce, uwielbiam swój kraj, chociaż nie wszystko mi się w nim podoba i to co mi się nie podoba drażni mnie o wiele bardziej niż tutaj, ale w Polsce mam swoich ludzi. W Stanach mam wielu znajomych, ale to nie to samo. W Polsce mam swoje babskie wyjazdy, rytuały powtarzane od lat, niespodziewane wyjazdy na Noc Kupały na których, gdzie nie odwrócę głowę widzę znajomych. Odwiedziłam moje dwa poprzednie miejsca pracy i muszę przyznać, że trochę za nimi tęsknię. W mojej Zielonej Górze mogę przesiadywać w ogródku w ulubionej restauracji Bachus lub w kawiarni Niger i brać czynny udział w życiu miasta. Mogę napić się wódeczki i zjeść tatara z kolegą i nikt mi złego słowa nie powie (nawet jego żona). Mogę się napić wina ze znajomymi winiarkami i winiarzami i najeść do wypęku i też nikt złego słowa nie powie. Mogę iść do znajomego lekarza ortopedy, żeby bez ściemy prostym językiem wytłumaczył mi, czemu mnie boli kolano i czy będzie dobrze. W tym punkcie nie obyło się bez obraźliwych wyrazów w moim kierunku takich jak, zużycie i degeneracja, ale niech mu będzie jest w moim wieku i też pewnie ma zużycie i degenerację.

Spotkałam się z wieloma osobami i nie mogłam się z nimi nagadać, z wieloma niestety nie udało mi się spotkać. Odwiedziłam moje ulubione miejsca, czyli najukochańszą Sosnówkę i Rzym (ten wprawdzie nie w Polsce, ale prawie na wyciągnięcie ręki), nie zapominając o Poznaniu.

Zrobiłam wszystko co chciałam i jeszcze więcej dziękuję wszystkim. Wracam pozytywnie nastawiona, powinno starczyć na długie miesiące, ale tęskniła będę bardzo.

kolorowy tydzień

Oj to by bardzo ekscytujący tydzień dla Tosi. Zaczęło się od zabawy w szkole na świeżym powietrzu, czyli weszliśmy w pierwszą fazę zakończenia roku szkolnego. Nauczona doświadczeniem z zeszłego roku Tosia miała przygotowany cały komplet świeżych ciuchów, do przebrania po szaleństwie i stare buty do wyrzucenia na koniec, bo nie nadawały się do niczego innego. Tegoroczne zawody były nazwane Olimpijskie i wszystkie klasy reprezentowały inne państwo. Tosi klasa z dumą nosiła barwy Polskie. Bardzo to było poruszające

  

 Kolejne ważne wydarzenie to Lekkoatletycznych Mistrzostwa Okręgu. Pogoda dopisała aż za dobrze i muszę powiedzieć, że po 2 godzinach w 34 stopniach w pełnym słońcu, kiedy zaczęły się Tosi najważniejsze konkurencje ja czułam, że nie mogę oddychać i chodzić a co dopiero biegać czy skakać. Więc naprawdę duży szacunek dla dzieciaków. Tosi udało się zdobyć medal w skoku wzwyż. Rodzice bardzo dumni.

Wręczenie ze względu na pogodę zostało odłożone i nasze dzieciaki dostały swoje trofea na imprezie kończącej sezon, po wręczeniu i napełnieniu żołądków odbyły się kolejne zawody, tym razem kręgle, ale było więcej zabawy niż prawdziwej konkurencji.

 

No i najważniejsze. Zakończenie szkoły. Wzruszające, ale na luzie. Tematem przewodnim imprezy były Hawaje, było więc mega kolorowo. Po krótkiej części oficjalnej dzieciaki czytały nazwiska a nauczyciele i dyrektor wręczali Certyfikaty ukończenia szkoły i kolorowe kwiaty. Nie obyło się bez wstydliwych momentów, bo nie wiem czemu w trakcie całej uroczystości z brawami lub wiwatami wyrywali się tylko nieliczni rodzice. Mój sąsiad, tato koleżanki Tosi krzyknął imię swojej córki jak wyczytano jej imię i stwierdził, że musiał zrobić jej odrobinę obciachu. Ja stwierdziłam, że nie jestem taka odważna, więc zadeklarował, że może zrobić to za mnie, co też uczynił. Dobrze, że można liczyć na pomoc dobrych ludzi, w zawstydzeniu własnej córki.

Na koniec nauczyciele obrzucili dzieciaki kolorowymi piłkami i zaprosili na poczęstunek.

Dla mnie dodatkowo ważne było jeszcze jedno. Na ścianie szkoły, którą Tosia opuszcza po półtora roku uczęszczania wisi potwierdzenie wyczynów drużyny biegowej, których Tosia jest współautorem. Zostawia tutaj po sobie jakiś ślad. Fajnie

autem po plaży

Przemieszczamy się, ale w dalszym ciągu nie opuszczamy Teksasu, tym razem odkrywamy wybrzeże. Wjazd do miasta o nazwie Corpus Christi jest dość przerażający, ponieważ otaczają nas same rafinerie jak okiem sięgnąć, dziwne dla nas jest to, że to wszystko firmy prywatne. Patrząc na skalę wyobrażam sobie fortuny właścicieli.

Ale my uciekamy nad morze. Władze chyba starają się nie dopuścić do dewastacji wybrzeża, bo prawie całe to park pod chronioną min. ze względu na żółwie i ptaki. Czyli jest nadzieja, że przemysł nie zabił środowiska.

Mieszkamy prawie nad samym morzem, plaże są szerokie, czyste i prawie puste, ale co jest dla nas zaskakujące można po nich jeździć autem, wprawdzie tylko 15 mil na godzinę, ale pomimo wszystko jest to zaskakujące, kiedy na plaży zamiast znaku zakazu wjazdu napotykamy tylko ograniczenie prędkości.

Z tego co zdążyliśmy zaobserwować ludzie tego nie wykorzystują w zły sposób. Widzieliśmy np. scenkę jak rodzina wjechała busem. Rozstawili boisko do siatkówki plażowej, wyciągnęli grilla, pobawili się, a jak odjechali to pozbierali wszystko grzecznie i nawet ślad po nich nie został.

Oczywiście nie ograniczyliśmy się do jeżdżenia po plaży, ale również przemierzaliśmy ją na własnych nogach, spacerując, biegając, maszerując, ale zawsze przy okazji słuchaliśmy szumu morza, który zawsze jest cudownie odprężający.

Moje dzieci zapowiadały, że bez względu na pogodę wykąpią się w morzu, ale nawet te twardziele poddały się po kilku dniach. Nie omieszkały za to wykorzystać kilku cieplejszych godzin i wskoczyły do basenu, w którym woda na szczęście była podgrzewana, bo inaczej zostałabym posądzona o znęcanie się nad nimi.

jaskinie

Teksas postanowił, że zamrozi nas na śmierć, więc chcąc się przed tym bronić, tym razem uciekliśmy pod ziemię.

Odkryliśmy, że na obrzeżach San Antonio są ciekawe jaskinie, zajechaliśmy na miejsce i wzrokiem szukałam góry, do której będziemy wchodzić, ale okazało się, że góry nie ma, do jaskiń wchodzi się poniżej poziomu gruntu. Zobaczymy. Ciekawostka.

Kupiliśmy nietanie bilety na dwa rodzaje zwiedzania. Miła pani w okienku zapewniła nas, że to będą dwa zupełnie osobne miejsca, więc postanowiliśmy zaryzykować. Pierwsze zwiedzanie mieliśmy dosłownie za chwilę. Zaczęło się krótkim wykładem o historii odkrycia jaskiń i informacją, że pod żadnym pozorem nie można dotykać niczego w jaskiniach. Jest to przestępstwo za jakie idzie się do więzienia. Tak to prawda. Pan wytłumaczył, że jaskinia jest dobrem narodowym, a dotykanie stalaktytów, lub stalagmitów powoduje, że przestają one rosnąć, więc jest to przestępstwo.

Jaskinie okazały się niesamowite. Pierwszym ważnym czynnikiem naszego zachwytu było to, że na dole panowała stała temperatura ok 20 stopni, więc w końcu zrobiło się przyjemnie.

Widoki powalały na kolana i otwierały nam paszcze. Chodziliśmy więc z rozdziawionymi otworami gębowymi i podziwialiśmy niesamowite twory w niesamowitych kolorach.

Przerwę między jednym, a drugim zwiedzaniem spędziliśmy w ciepłym sklepiku z pamiątkami, które prezentowały się bardzo ciekawie, ale miały zdecydowanie nieciekawe ceny.

Na miejsce zbiórki zgłosiliśmy się z lekkim ociąganiem, bo temperatura na zewnątrz dalej nie zachwycała.

Nasza druga wycieczka okazała się jeszcze bardziej interesująca od pierwszej, bo tym razem zeszliśmy aż ponad 54 metry po ziemię. Schodząc krętymi schodami oglądaliśmy takie cuda, że nie myślałam nawet, że trzeba będzie wejść z powrotem pod górę.

W tym wyjątkowym miejscu, oprócz najbardziej znanych formacji skalnych można było zobaczyć te zupełnie wyjątkowe. Jedne z nich nazywały się wstążki, a inne słomki i oczywiście swoje nazwy wzięły od tego jak wyglądały. Tyma razem schodząc prawie ocieraliśmy się o skały, a wstążki wydawały się miękkie w dotyku, więc naprawdę z trudem powstrzymałam się, żeby ich nie dotknąć. Słomki były natomiast cienkie jak słomki i naprawdę puste w środku. Natura jest niesamowita.

Największa atrakcja czekała na nas na samym końcu. Doszliśmy do miejsca, w którym kończyła się przygotowana trasa, przed nami była już tylko ciemność lekko rozświetlona, znajdującymi się koło nas światełkami. Przed samą barierką znajdowało się kilka ławek, pan przewodnik poprosił nas żebyśmy usiedli i przygotowali się na wyłączenie świateł. W miejscu, w którym się znajdowaliśmy nie było żadnego naturalnego źródła światła. Po wyłączeniu sztucznego było naprawdę niesamowicie. Można było przyłożyć sobie rękę do samego nosa i ręki naprawdę nie było widać. Ponoć na świecie takie miejsca z naturalnym brakiem światła można znaleźć tylko w nielicznych jaskiniach i głębinach morza.

Absencja światła. Niesamowite doświadczenie. Powiało grozą.

misje

W ten chłodny pochmurny dzień, zamiast ryczeć nad naszym losem (dlaczego nie jest ciepło???? Co to za jakiś szatański front tutaj przyszedł??? Najstarsi górale nie pamiętają czegoś takiego) wyruszamy na podbój misji.

Oprócz Alamo, (o którym już pisałam) w San Antonio jest ich pięć dawnych klasztorów, do obejrzenia wybieramy te najlepiej zachowane. Pierwsza znajduje się trochę na pustkowiu, jest to dość duży teren więc dzięki temu spacer mamy już zaliczony.

Wszystko jest dosyć klasyczne, zadziwiają nas tylko mieszkania znajdujące się w murze okalającym misję, z zewnątrz mur wydaje się tylko murem, a tu taka niespodzianka, wszystko jest dość proste i puste. Szukamy resztek ogrodów, lub jakichkolwiek oznak czym zajmowali się mnisi, ale okazuje się, że niczym. Tym mocno różnią się od klasztorów europejskich. Na mapie misji widzimy zaznaczone drzewa pod którymi modlili się mnisi, takie pod którymi odpoczywali, ale nic związanego z pracą. Zadziwiające. Druga misja jest mniejsza i położona wśród nowoczesnych budynków więc trudniej poczuć ducha miejsca, ale próbujemy.

 

Natchnieni wyruszamy na dalsze poszukiwania i zatrzymujemy się przy chińskim ogrodzie herbacianym. Na szczęście nie wszystkie rośliny ogarnęły, że jest zima i jest zimno i możemy się trochę pocieszyć oznakami wiosny Nie wiemy do końca czemu on jest herbaciany, ale domyślamy się, że chodzi o to, że w tych pięknych okolicznościach przyro dy można napić się herbaty.

 

Lubię takie zwiedzanie miejsc nieoczywistych i często niespektakularnych, bo zazwyczaj są zdecydowanie bardziej zaskakujące i tajemnicze od hitów przewodnikowych.