Posts Tagged: #tennessee

Halloween

Pierwszy Halloween za nami. Muszę przyznać, że oczekiwałam po nim dość sporo. Szaleństwo w sklepach zaczęło się bardzo dawno, można było kupić miliony ozdób domowych, rzutniki do wyświetlania przerażających rzeczy na domach oraz setki najprzeróżniejszych kostiumów.

Pierwsza rzecz, która dość mocno mnie zdziwiła, to że świętowanie to nie tylko jeden dzień, równie ważne były imprezy organizowane w weekend przed Halloween. Były to albo imprezy przebierane, ale w stylu meksykańskim, czyli ubranie białe, czarne, lub mieszane i ewentualnie dość charakterystyczny makijaż

My nie imprezowaliśmy nie za dużo, w niedzielę spotkaliśmy się z kilkoma znajomymi przed ich domem, dzieciaki trochę poszalały, a my pełen luzik.

Na halloweenowy wieczór umówiliśmy się na chodzenie po zmroku dość dużą grupą znajomych. Przyznaję, że było bardzo fajnie spacerowaliśmy po okolicy, dzieciaki biegały od domu do domu. Ale nie wszystkie domy brały udział w zabawie i to też mnie zdziwiło. Żeby dostać cukierki trzeba było szukać domów, które nosiły oznaki świętowania. Dzieciaki wypatrywały więc dyń, kościotrupów, pająków. Niektóre domy były na prawdę niesamowicie przygotowane, spotkaliśmy wiedźmę siedzącą przed domem w obłokach dymu, przed jednym domem paliły się ogniska, czasami mieliśmy wrażenie, że chodzimy po cmentarzu.

Ogólnie oceniam wieczór na bardzo udany. Miły spacer w miłym towarzystwie. Tosia wróciła z pełnym wiaderkiem słodyczy i teraz będzie problem, żeby ją pilnować, żeby nie zjadła wszystkiego na raz, bo padnie z nadmiaru cukru.

Falcons czyli sokoły

Siedzą we mnie takie emocje, że mam ochotę zacząć od końca, ale spróbuję jednak od początku. Moja młodsza córka dziesięcioletnia Tosia postanowiła wypróbować swoich sił w bieganiu i jeszcze w czasie wakacji chodziła na treningi przygotowawcze, żeby wziąć udział w eliminacjach do drużyny, zwanej Falcons czyli sokoły. Konkurencja była duża i trudna, bo brały w niej udział również dzieci które biegały cały poprzedni sezon. Do przebiegnięcia były 2 mile, do drużyny kwalifikowała się najlepsza piętnastka dziewczyn i chłopców.  Udało się Tosia była 14.

No i zaczęło się. Cztery razy w tygodniu treningi, a po miesiącu w każdy poniedziałek po szkole wyścig. Wyścigi nazywają się Cross Country, dzieciaki biegają 1 milę w terenie, po trawie, często pod górkę, często w temperaturze 30 stopni. Każdy wyścig był punktowany i kwalifikował dzieciaki do następnego etapu, czyli zawodów regionalnych. Każdy wyścig to było duże wydarzenie, były 4 kategorie biegaczy i w każdej ok. 250 osób. Organizacja musiała być naprawdę sprawna, żeby to wszystko ogarnąć.

Wyniki Tosi z wyścigu na wyścig były coraz lepsze. Trener stał się najważniejszym człowiekiem na ziemi. Drużyna radzi sobie super. Mają swoje przywitanie, zawołania, tajne kody, tajne narady. Szał w trampkach.

 Oczywiście wszystkie dzieci mają jednakowe stroje, plecaki, butelki. Rodzice też się załapali na koszulki, żeby lepiej kibicować.

Aby integracja była jeszcze większa i żeby dzieciaki zdobywały jak największe doświadczenie trener z pomocą rodziców zorganizowała bieg na dwie mile na terenie szkoły. Wyścig był dla dzieciaków ze wszystkich podstawówek z naszego miasteczka. Poświęcenie duże, bo bieg kończył się po zmroku, ale radość też duża, bo dziewczyny zajęły pierwsze miejsce, chłopcy drugie. Na zakończenie dzieciaki piły toast z wygranego pucharu.

 

W tak zwanym międzyczasie pomimo braku wiary w siebie Tosia przebiegła pierwszy wyścig, na 5 kilometrów i to chyba dodało jej skrzydeł. W wyścigu tym wzięła udział prawie cała moja rodzina, ja zostałam, żeby robić zdjęcia.

 

Następny wyścig drużynowy był genialny i dał dziewczynom awans do zawodów stanowych z pierwszego miejsca.  Tosia jak zaczęła treningi to charczała po 400 metrach, pierwszy bieg w wyścigu to rezultat 7.47, a jak zaczęła wierzyć w siebie to pobiegła 6.59. To było coś niesamowitego. Ona ryczała na mecie i ja też.

 A teraz zaczyna się ekstraklasa.

Do drużyny podstawowej zwanej Varsity Team na zawody stanowe dostało się 10 najlepszych dziewczyn i 10 najlepszych chłopców, dodatkowo startowała drużyna mieszana zwana Junior Varsity Team. Tosia jest dziesiąta w złotej dziesiątce, to jest niesamowite, biega 3,5 miesiące i będzie reprezentowała szkołę w zawodach tej rangi. Zawody są w Knoxville, 6 godzin od nas. Dzieciaki jada autobusem, na który udało nam się zebrać pieniądze. Organizowaliśmy min. imprezę dla całej szkoły. Trener jest już od kilku lat nadwornym dj, rodzice zorganizowali resztę. Zabawa była przednia. Najbardziej podobała mi się atrakcja polegająca na przyklejaniu nauczycieli do ściany. Niezłe??? W tym roku udało się, po odsunięciu ławki, na której stały nauczycielki, pozostały one niewzruszone na swoich miejscach.

 

 

Wracając do tematu głównego Pogoda w dzień wyścigów stanowych była szalona, rano 12 stopni a w południe 30 i pełne słońce. Ale pomimo tego dzieciaki pokazały co potrafią.

W konkurencji głównej biegły 297 dziewczynki i muszę przyznać, że to co zobaczyłam było oszałamiające. Wszystkie były niesamowite, te zawody zdecydowanie różniły się od poprzednich, bo poziom wszystkich był bardzo wyrównany. Emocje były tak wielkie, że próba nagrania filmu przeze mnie skończyła się fiaskiem, miałam trawę, niebo i czasami nogi. Tosia była 9 w swojej drużynie, udało jej się połknąć jedną dziewczynę. Drużyna dziewczyn skończyła zawody na 2 miejscu, a chłopców na 4, to znaczy, że obie drużyny jadą na Zawody Krajowe i to już jest prawdziwe szaleństwo, nie mogę w to uwierzyć, że za miesiąc moje dziecko zmierzy się z najlepszymi biegaczami szkół podstawowych w całych Stanach. Będę potrzebowała waleriany.

 

 

indianie i wodospad

No to już prawie koniec naszego pobytu w górach, więc chcemy zrobić wszystko i oczywiście nie możemy się zdecydować. W końcu podejmujemy decyzję, że jedziemy zobaczyć dwa górskie miasteczka, a potem coś wymyślimy. Pierwszym miasteczkiem po przebyciu tysiąca zakrętów jest Bryson City. Jest to już następna gmina, czyli county więc jest nowy punkt informacji turystycznej, z którego wychodzimy zaopatrzeni w mapy i ulotki. Miasteczko wygląda jak z westernów, główną atrakcją jest tutaj pociąg jadący wzdłuż gór, ale postanawiamy nie korzystać z tej atrakcji, bo pewnie takie same widoki są okna samochodu, pociąg dla naszych dzieci to żadna atrakcja, a zajmie nam to dużo czasu.

Nie możemy powstrzymać się od pomyszkowania po sklepach i odnajdujemy przedziwne rzeczy. Milion koszulek, głównie z niedźwiedziem lub lokomotywą, przeróżna nakrycia głowy, dzwonki, odznaki, itp. Nie jesteśmy dobrymi klientami, bo wychodzimy z pustymi rękami. Miasteczku przyglądamy się popijając kawę (ja mrożoną, bo jest naprawdę gorąco) i shake.

Namówieni przez ulotki jedziemy do indiańskiego miasteczka Cherokee, które oferuje muzeum, wioskę indiańską i sklep z wyrobami prawdziwie indiańskimi. Miasteczko znajduje się na terenie rezerwatu, ale zaraz po wjechaniu czujemy, że to wszystko wygląda trochę sztucznie, a nawet bardzo sztucznie. Zaglądamy do sklepu z wyrobami indiańskimi, ale te które faktycznie mogą być oryginalne kosztują majątek. Naprawdę majątek. Lekko zniesmaczeni idziemy na spacer ulicą rozmyślając co jeszcze dzisiaj zrobić. Po spotkaniu jednego Indianina, który jest bardzo miły i zaprasza do wspólnego zdjęcia, postanawiamy odpuścić sobie wioskę indiańską i wrócić do natury.

 

Jedziemy zobaczyć wodospad Yellow Creek Falls, który jest niedaleko naszego domu. Zatrzymujemy się na małym parkingu, na którym stoją już dwa samochody, co jak pisałam jest dużą rzadkością, czytamy tablicę informacyjną i po raz pierwszy jest tam naprawdę ostrzeżenie o niedźwiedziach. Oczy dookoła głowy. Szlak wiodący do wodospadu nie jest długi, ale jest przyjemnie dziki. Docieramy na miejsce. Wodospad nie jest może bardzo duży, ale jest uroczy. Przez pierwsze 10 minut dzielimy go jeszcze z dwoma rodzinami, a później zostajemy sami. Zaczynamy przeskakiwać z kamienia na kamień, brodzić w wodzie wszystko w poszukiwaniu jak najlepszego ujęcia. Amelka dowiedziała się od naszej gospodyni, że ona się kąpie w tym wodospadzie, więc dzielnie postanowiła spróbować. Muszę powiedzieć, że nie myślałam, że jestem taką mamą kwoką, ale jęczałam strasznie, że to może być niebezpieczne, bo kamienie śliskie i nie wiadomo co pod wodą, bo pomimo tego, że woda jak kryształ to kamienie ciemne i jak jest trochę głębiej to nic nie widać. Dziecko pomarudziło i dostało zgodę. Ups. To chyba mało pedagogiczne.

Dzielnie przebrała się w stój i już po chwili stała po kolana w wodzie, po następnym kroku była już po pas, a za chwilę, spadała na nią woda z wodospadu. Darłam się tylko jak za bardzo zbliżała się do nurtu, ale strasznie jej zazdrościłam, więc już po chwili z wielkim strachem wchodziłam do wody. Woda była mega zimna, ale Bałtyk bywa podobny, więc dzielnie do przodu. Po chwili pozowania w pobliżu wodospadu wpadłam po szyję, bo się poślizgnęłam i dzięki temu nawet pływałam w wodospadzie, ale oczywiście mój mąż osobisty tego nie uchwycił. Mam zdjęcia jak pokracznie wchodzę do wody i równie pokracznie z niej wychodzę, ale wdzięcznego pływania nie mam.

Wodospad dopełnił nasze szczęście, w drodze powrotnej jeszcze jedno piękne miejsce i oczywiście potrzeba, żeby usiąść na każdym kamieniu, bo jeden lepszy od drugiego. Uwielbiam górskie potoki i wodospady.

 

Jutro wracamy do domu, wypoczęci, pełni wrażeń, a przed nami znów droga miliona najciaśniejszych zakrętów na świecie. Ufff jakoś dam radę.

i do lasu

To już trzeci nasz dzień w górach i zapowiada się aktywnie. Pogoda cudowna, pierwszy przystanek planujemy w Joyce Kilmer Memorial Forest. To, jak podaje przewodnik, jedna z najpopularniejszych tras w Stanach, o długości trochę ponad 3 km. Jest to miejsce, w którym udało się zachować nienaruszoną przyrodę. Ponad 400 letnie drzewa, które nie wszystkie udaje nam się objąć, nawet jak próbujemy całą rodziną, sięgające ponad 30 metrów do nieba. Prawie przez całą drogę towarzyszy nam szum strumienia. Jedna rzecz, do której nie możemy się przyzwyczaić, to wszechobecna wilgoć, ale dzięki temu cały las jest świeży i błyszczący. Cały czas wypatrujemy niedźwiedzi, bo nasłuchaliśmy się, że w tych lasach jest ich sporo. Przeczytaliśmy nawet instrukcję jak postępować, jak się spotka niedźwiedzia, ale nie wiem, czy chcę stanąć z jakimś, oko w oko, albo bardziej prawdziwe jest: chciałabym, ale się boję.

Tym razem na szlaku spotykamy wesołą grupę emerytów, która oczywiście proponuje nam zrobienie zdjęcia rodzinnego i wypytuje nas skąd jesteśmy, czy jednak akcent nas zdradza. Ha, ha. Szlak jest przygotowany, ale nie jest to szeroka droga, tylko ładnie wkomponowana w krajobraz ścieżka. Z trasy można zejść dwiema drogami, ale przy jednej wisi kartka, że zamknięta. Pan emeryt informuje nas jednak, że oficjalnie zamknięta, ale można iść. Z nielegalnego szlaku zawracają nas dwie panie, które mówią, że ścieżkę zagradza przewalone drzewo i trudno je obejść, a do tego lata dużo szerszeni. Ten argument do nas przemawia i wracamy legalną trasą.

 

Po wysiłku czas na zasłużony odpoczynek, zjeżdżamy nad jezioro, parking jest prawie pusty, a nas woła miły pomost. Okazuje się, że jesteśmy sami, hura. Dziewczyny wyciągają stroje kąpielowe, Amelia jest nawet tak dzielna, że pomimo chłodnej górskiej wody odważa się wziąć kąpiel. My wylegujemy się na pomoście. Arek umila sobie czas budowaniem wieży z paluszków. Pełen spokój.

Aaaaaa czyżbym umiała chodzić po wodzie??? Czy to coś znaczy 😊

 

Naszym kolejnym celem jest droga zwana Cherohala Skyway, która wspina się na ponad 5000 stóp (jak ja muszę się męczyć z tymi szalonymi jednostkami to wam też czasami utrudnię) i od której prowadzą szlaki na pobliskie szczyty. Po krótkim zwiedzaniu w sposób klasyczny amerykański, czyli punkt widokowy – fota, następny punkt widokowy – fota, wybieramy się na najwyższy szczyt.

Hooper Bald. Droga nazywa się Huckelberry Trailhead, rozpoczyna się na wysokości 5300 stóp i kończy na 5560 po około 2 km. Szczyty są dziwne, bo nie przypominają szczytów, tylko rozległe pastwiska, ale widoki są niesamowite i wiecie co, znów jesteśmy sami. Jest nawet miejsce na ognisko, ale na to nie jesteśmy gotowi. Pogoda jak to w górach zaczyna się zmieniać, więc czas wracać. Cały krajobraz jest jakby zamglony co jest tutaj powszechne, stąd wzięła się też nazwa tych gór.

W drodze powrotnej widzieliśmy mgłę snującą się nad potokiem. Niesamowite wrażenie, dookoła przejrzyście, a nad wodą jakby ktoś ognisko palił.

 

Po powrocie do domku Arek z Tosią szykują prawdziwe ognisko. Oczywiście zawodowe. Po kolacji dziewczyny odbywają z właścicielką ceremonię ognia, którą odprawia codziennie po zachodzie słońca, ceremonia kończy się medytacją, więc wracają spokojne i możemy pograć w kości, tym razem może nikt nie będzie walczył o wygraną, jakby to była walka na śmierć i życie.

w góry

Dziewczyny w szkole mają tygodniową jesienną przerwę więc co my możemy zrobić, oczywiście planujemy kolejną wyprawę. Tym razem stawiamy na Great Smoky Mountains National Park, a tak naprawdę będziemy nocowali tuż za jego granicą w miejscu o cudownie brzmiącej nazwie Nantahala National Fores, w którym noclegi są o połowę tańsze. Chcemy pobyć trochę z przyrodą, mam nadzieję, że nam się to uda. Przez Airbnb znaleźliśmy cudowny domek w środku lasu, ale wiadomo jak to z ofertami z internetu, pomimo dokładnego sprawdzenia czasami okazuje się, że jest jakiś duży minus. Wiedzieliśmy z opisu, że lepiej zabrać ze sobą jedzenie i musimy do Pani zadzwonić godzinę przed dojazdem, bo potem już nie ma internetu. Trochę nie mogłam w to uwierzyć, ale to szczera prawda. Godzinę w jedną i godzinę w drugą stronę. No i dobrze, zanosi się na prawdziwy odpoczynek. Ostatnie 40 minut przed dojechaniem do celu nie myślałam o internecie a tak naprawdę nie myślałam o niczym, tylko starałam się trzymać siedzenia, bo okazało się, że dojazd prowadzi drogą 129 zwaną Smokiem, która jest ulubioną drogą motocyklistów i kierowców samochodów zwanych naleśnikami, bo składa się z samych zakrętów i to jakich …. Na kilku zakrętach siedzieli ludzie z aparatami i trzaskali fotki, można potem wejść na stronę i kupić sobie zdjęcie, albo koszulkę ze zdjęciem z sobą z słynnej drodze. Niezłe.

Ledwo żywa dojechałam na miejsce, ale, ale wynagrodziło mi ono wszystkie niedogodności dojazdu. Totalny koniec świata. Cudowny drewniany domek z tarasem, po którym biegały wiewiórki. Ale niestety nie zrobiłam im zdjęcia, bo jak biegały to byłam zajęta gapieniem się na nie.

Oj strasznie rozwlekam się dzisiaj, ale mam tyle ciekawostek w głowie, że chciałabym przynajmniej częścią się z wami podzielić.

Pani wykupiła teren byłej szkoły, więc na środku lasu mieliśmy salę gimnastyczną i kort tenisowy, a na krzesełku koło biura było wifi. Przyznam się, że w czwartek już nie dałam razy nie skorzystać z krzesełka internetowego.

Pierwszy dzień zaczęliśmy ogniskiem z naszymi polskimi kiełbasami. Przygotowanie patyków przy świetle z latarki, prawdziwy survival.

Pierwszy poranek był ciepły, ale dżdżysty więc spokojnie wyruszyliśmy na sprawdzenie najbliższej okolicy uzbrojeni we wskazówki o najciekawszych miejscach od naszej gospodyni.

Przepraszam, ale znów muszę coś wtrącić. Amerykanie dzielą się z niewielkimi wyjątkami na dwie grupy turystów. Pierwsza zdecydowanie większa to ludzie, którzy jadąc np. w góry zatrzymują się w miasteczku bezpośrednio graniczącym z górami i przez góry przejeżdżają zatrzymując się na wyznaczonych parkingach w miejscach widokowych, trzaskają fotę i jadą dalej. Naprawdę nie kłamię. Drugą grupą są ludzie, którzy z namiotem znikają na tydzień na szlaku i nie boją się niedźwiedzi. My i kilka innych osób prezentowaliśmy trzecią zdecydowanie najmniej liczną grupę, bo wprawdzie jeździliśmy w różne miejsca, czasami strzelaliśmy foty w miejscach widokowych, ale najbardziej cieszyło nas, jak jednak mogliśmy przebyć jakąś drogę z parkingu na nogach, żeby zobaczyć coś ciekawego. A najpiękniejsze było to, że często w tych miejscach byliśmy sami, dzięki czemu mogliśmy naprawdę podelektować się miejscem.

I tak pierwszego dnia zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym sprzedają pyszny lokalny miód, który można oczywiście skosztować na miejscu, wyroby z miodu i z wosku, ale mają też mały budynek z informacjami o pszczołach, a dla dzieci dodatkową atrakcją jest zagroda z kurami i kozami. Pan właściciel dysponował szeregiem map i przewodników i również zaznaczył nam, gdzie naprawdę warto jechać i iść.

Po drodze przejeżdżaliśmy przez małe miasteczko, w którym na szczęście był dość duży sklep, kupiliśmy świeże pieczywo i uzupełniliśmy prowiant na ognisko, ale okazało się, że nie mogliśmy tam kupić ani grama alkoholu, bo cała, tak jakby gmina to „dry country” czyli obszar bez sprzedaży alkoholu pytamy, dlaczego, a odpowiedź brzmi: bo ludzie nie chcieli. W Stanach, a szczególnie na południu nie jest to takie wyjątkowe.

Kolejny postój robimy w małej galerii ceramiki, której właścicielka zajmuje się również robieniem naturalnych serów. Po chwili rozmowy dowiadujemy się, że pani dziadek pochodzi z Gdańska. Zachwycamy się naczyniami, próbujemy ser, kupujemy naszym zdaniem najlepszy, z pomidorami i bazylią i dostajemy propozycję, że możemy się przejść chwilę pod górkę i zobaczyć ich gospodarstwo. Oczywiście korzystamy. Nigdy nie widziałam krowy, a raczej krówki z tak pięknymi oczami, jak ta dzięki której mam ten ser.

Wracając słyszymy wołanie pani właścicielki. Mam kolejnych gości z Poland. Idę i wołam Arka, a pani śmiejąc się mówi. Nie ekscytuj się tak, bo oni są z Poland, ale w Ohio. No to trochę się pośmialiśmy i pojechaliśmy zobaczyć tamę na jeziorze Fontana, a tak naprawdę na rzece Małe Tennessee, dzięki której powstało jezioro Fontana.

Niesamowite wrażenie, piękne widoki i bardzo ciekawie przygotowane centrum dla zwiedzających z tarasem widokowym. Można napawać się wielkością. Cudo

Po drodze do domu zatrzymujemy się przy drugiej tamie, która jest ciekawa o tyle, że to tutaj kręcili scenę w filmie „Ścigany”, w której Harrison Ford skacze z tamy. Byliśmy, widzieliśmy.

Dzień kończymy oczywiście ogniskiem, które dzisiaj jest doposażone w gigantyczne Marshmallow. Dzieciaki podekscytowane, ja podchodzę to tej tony cukru z wahaniem, ale okazuje się, że jak się dobrze przygotuje, to cała pianka zamienia się w ciągnącą się delikatną masę z lekko chrupiącą skórką. Wymiękam. Poproszę jedną.

powrót

Po powrocie do Stanów. Jak to dziwnie brzmi. Zawsze wracałam do Polski. No ale na razie tak będzie. No więc, jak już wróciłyśmy to znów wiele rzeczy zaczęło mnie zaskakiwać. Pierwszą była fauna i flora.

Uderzyła mnie wszechogarniająca zieleń. Jestem w szoku, w lipcu są tutaj temperatury takie jak we Włoszech czy Hiszpanii a tam o tej porze roku trawa jest żółta, większość roślin jest podeschnięta od upałów, a tutaj wcale dużo nie pada, a wszystko zielone. Zagadka do wyjaśnienia. Ktoś? Coś?

 

A drugie to flora. Wszystko tutaj jest duże. Osa jest większa od polskiego szerszenia, lata tutaj strasznie dużo innych osobników, których nie potrafię nazwać, ale są ogromne. Biegające wszędzie jaszczurki już nie robią na nas takiego wrażenia, ale jak odzywają się cykady to dźwięk jest, jak od dużej autostrady. No dobra przyjemniejszy, ale jest naprawdę głośno. Cieszy mnie wielkość motyli, które są olbrzymie i piękne. Motyl wielkości wróbla to normalka, ale w pierwszym tygodniu biegałam za każdym próbując im się przyjrzeć dokładnie.

 

Do stałej temperatury 30 – 35 stopni jak się okazuje można się przyzwyczaić, trzeba tylko w ciągu dnia uratować się dodatkową kawą, bo z ciśnieniem dzieje się coś dziwnego. Znów opustoszały ulice i to jest coś czego naprawdę nie lubię, ale za to w parkach zawsze można liczyć na towarzystwo.

 Niektóre zwyczaje znów wywołują uśmiech, trochę tak jakbym o tym zapomniała. W Stanach, a przynajmniej w naszym stanie większość paczek doręcza się poprzez pozostawienie jej pod drzwiami. Pierwsze takie doświadczenie było dla nas szokiem. Arek prawie wszczął awanturę, bo jak jeszcze nas nie było to będąc w pracy dostaje maila, że przesyłka dostarczona. A zamawiał swój wymarzony ekspres do kawy, który do tanich nie należał. Więc jak to? Jaka dostarczona? Przecież on jest w pracy?

Okazało się, że leżała pod drzwiami kilka godzin i nic się z nią nie stało

Fajny zwyczaj? Chyba nie do powtórzenia w Polsce a szkoda, nie trzeba by było biegać na pocztę, umawiać się z kurierem.

Takie to nasze drugie początki.

 

jarmark

Wiosna rozgościła się na dobre więc zaczął się czas jarmarków, pojechałyśmy więc sprawdzić, jak jest. Lepiej? Gorzej? Podobnie?

Jeden z jarmarków odbywał się w małym miasteczku i zaraz na starcie zaatakował nas czerwony dwupiętrowy autobus, Tosia już miała ubaw, plac okazał się mega kolorowy. Stwierdzam, że jarmarki na całym świecie chyba wyglądają tak samo.

Najbardziej kolorowe były stoiska rockowej szkoły muzycznej i lokalnej grupy tancerek brzucha. Wszystko można zobaczyć na żywo, tancerki pominę milczeniem, ale szkoła rocka była niesamowita.

Było dużo stoisk z rękodziełem, największą popularnością cieszyły się chyba metalowe wiatraki, co druga osoba wychodziła zaopatrzona w wiatrak. Z produktów regionalnych był tylko miód, oczywiście spróbowany, kupiony, ale polski chyba lepszy i nie pytajcie, dlaczego, bo nie mam pojęcia. Nasz lepszy i tyle.

Ale najwięcej miejsca na placu zajmowały food trucki. W Polsce są stoiska, budki, a tutaj food trucki. Różnorodność duża, nie wszystko godne zaufania. Przynajmniej z wyglądu część wydawała nam się za sztuczna, taka trochę odgrzewana. Wiem, że nie wszystko da się zrobić tam na świeżo, ale część słynie z naprawdę dobrej jakości. Pomijam, że na zewnątrz było 30 stopni, więc w środku musiało być milion, ale obsługujący jakoś dawali radę.

Najbardziej popularne wśród amerykanów były corn dogi, czyli parówka w cieście kukurydzianym na patyku pieczona w głębokim oleju. Były również włoskie kiełbaski, polskie kiełbaski i duży wybór tacosów. Najpopularniejsze lody tutaj to po prostu chipsy mrożonej wody polane jakimś sokiem. Ja szczerze mówiąc nie ogarniam, jak można to jeść, a tym bardziej płacić za to, ale ludzie jedzą. O gustach ponoć się nie dysponuje.

Nasz wybór padł na kanapkę cubano i śniadaniową. Cubano bardzo chciała spróbować Amelia, chodziło to już po niej jakiś czas. Chyba pierwszy raz widzieliśmy ją w filmie „Szef”, który jest tak smakowity, że nie da się go oglądać na głodniaka.

Dania były niezłe, trochę za tłuste jak prawie wszystko tutaj, popite dość syntetyczną lemoniadą, chyba nie będziemy już powtarzały tych doświadczeń. Raz nam starczy.

field day

Szkoły amerykańskie zaskakują mnie cały czas. Teraz u nas już ostatni tydzień przed wakacjami. Amelia załapała się na bal kończący szkołę. Nie ma to jak zacząć szkołę w listopadzie i załapać się na zakończenie w maju. Muszę przyznać, że polscy nastolatkowie byliby rozczarowani, bo bal trwał 2 godziny, od 6 do 8. Amelia i jej brazylijska koleżanka Gege zadowolone więc wszystko ok.

 

Tosi zakończenie szkoły wyglądało zdecydowanie inaczej. Field day, czyli cały dzień szaleństw na dworze i zaznaczam, że używam słowa szaleństwo z pełną rozwagą, bo to co się tam działo było naprawdę szalone. Wiedziałam, że będą konkurencje sportowe i zabawa. Dzień zapowiadał się znów bardzo ciepły, więc pojechałam to zobaczyć.

Dzisiaj czas na klasy 4, najpierw prezentacja a potem do boju.

 

Bardzo podobało mi się to, że dzieci niepełnosprawne nie były wyłączone z zabawy, brały w niej czynny udział, z lekką pomocą asystentów.

Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie jak nauczyciel chodził i oblewał dzieciaki wodą, przyznam, że miały ubaw, ja byłam trochę zaskoczona, bo po pikniku była godzina przerwy potem lunch i dopiero do domu, a one będą mokre, ale ok.

 

 

Zaczęłam być w szoku, jak zaczęły się konkurencje z wodą. Dzieciaki, które były bardziej zaangażowane kończyły mokre do ostatniej nitki, nie przesadzam, do ostatniej. Tosia podchodziła do zawodów z wielkim poświęceniem, więc pojechałam do domu po suche ciuchy.

 

 

Ostatnią konkurencją było przeciąganie liny, zapał dzieciaków był niesamowity, radość z wygranej również, ale wszyscy mieli na pociechę lody więc zadowolenie było pełne.

 

znów zabawa

Nie wiem, czy pamiętacie nasze zimowe szaleństwo na pobliskim placu zabaw? Tym razem wybrałyśmy się już wiosennie. Plac oczywiście pełny, ale nadal przyjemny i jest dużo miejsc w cieniu, gdzie rodzice mogą posiedzieć spokojnie, dzieciaki też współpracują ze sobą w miarę bezkonfliktowo. Fajne jest to, że w całym kompleksie można spędzić praktycznie cały dzień nie nudząc się. Więc najpierw szaleństwo na plaży, dzieciaki biegają na bosaka po piachu, chlapią się wodą, oczywiście wszystko wysycha w mgnieniu oka, bo temperatura nas nie oszczędza. A to ponoć dopiero początek. Wszyscy mi opowiadają historie, że w lecie jest tak gorąco, że człowiek czuje się, jakby włożył głowę do piekarnika. Zobaczymy.

Tosia oczywiście musi zwiedzić wszystkie części placu zabaw, my z Amelką włączamy się okazyjnie. Bardzo podoba mi się pajęczyna do wspinania, jest dość trudna, ale fajna, niezłe wyzwanie, a podłoże jest tak miękkie, że nawet jak ktoś spadnie to chyba nie ma ofiar.

 

 

W poszukiwaniu dalszych atrakcji zeszłyśmy z górki nad małe jeziorko, które są tu na każdym kroku i zaliczyłyśmy pierwsze w tym roku rowery wodne. Mam dwa spostrzeżenia. Po pierwsze są wygodniejsze niż te w Polsce i regulowana jest sprytnie odległość oparcia więc mogą pedałować bez problemu i dorośli i dzieci, a po drugie pedałuje się dużo ciężej niż na tych w Polsce i nie mam pojęcia z czego to wynika. Cena wypożyczenia nie powala więc prawie lenistwo na wodzie możemy powtórzyć. Nad wodą rozpięte są liny i Zip Line to będzie nasza następna rozrywka.

 

Oczywiście w parku zadbali również o część edukacyjną i jestem w szoku jaką mają tu różnorodność dębów, wprawdzie moja portorykańska koleżanka pokazywała mi zdjęcie pięknego kwitnącego drzewa upierając się, że to jest dąb, ale zdecydowanie trudno było mi uwierzyć.

 

W porze obiadowej dużo ludzi zaczęło rozkładać jedzenie na stołach, których jest tutaj sporo, a my spadamy jeść tym razem do domu, ale następnym razem pewnie przygotujemy się lepiej 😊

ekstremalnie

Pamiętam ja wielokrotnie oglądaliśmy z Arkiem „amerykańskie filmy” i za każdym razem jak zaczynał padać deszcz to stwierdzaliśmy, że mogli zachować chodź odrobinę realizmu. Deszcz tak przecież nie pada. To przesada, że wylewają wiadrami wodę na szybę.

 

No to właśnie dowiedziałam się, że nie przesadzali. Tutaj naprawdę tak pada. Przychodzi nie wiadomo skąd i nagle chmura spada na ziemię. Muszę się przyznać, że jak niebo robi się czarne to nie ryzykuję jazdy w tamtą stronę, jak nie muszę, bo deszcz, błyskawice i grzmoty co chwilę, a do tego mega wiatr, to nie jest coś lubię mieć blisko siebie. Nie przeczę, warto to zobaczyć to chodź raz. To jest coś niesamowitego. Ostatnią burzę przeżyłam w aucie czekając na moje dzieci, lało tak bardzo, że pomimo obaw, nie ruszyłam się z auta, bo byłabym całkiem mokra w sekundę. Często mówimy, że w Stanach wszystko jest duże, ekstremalne. Przestrzenie, auta, drogi, budynki. Ekstremalna jest również pogoda.

Po prawej już burza, a po lewej zaraz będzie.

 

Jak wybieraliśmy miejsce do mieszkania, to oprócz opisu miasteczka, czytałam też o pogodzie. A zwłaszcza o tornadach, bo mieszkam na obszarze, na który czasami docierają. Najbezpieczniejsze było nasze Germantown, ale nawet tutaj zdarzają się alarmy tornadowe.

Muszę przyznać, że za pierwszym razem nie wiedziałam, dlaczego coś buczy na zewnątrz, za drugim ja usłyszałam alarm tornadowy to byłam bardzo zajęta, a za trzecim razem stwierdziłam, że jak przez pierwsze dwa razy tylko wiało i nie zdmuchnęło mi dachu to teraz też się nic nie stanie.

 Jak coś się zdarza pierwszy raz, to niepokoi, czasami nawet przeraża, ale za drugim i trzeci, jak widzę, że ludzie dookoła są spokojni, to ja też jestem. Ostatnio jadąc samochodem, pierwszy raz audycję radiową przerwał wysoki sygnał i pan spokojnym głosem wyliczał miejscowości które są zagrożone tonadem to było przeżycie prawie ekstremalne, ale nie wymienił mojej, więc luz.

 

Nie myślałam, że można się przyzwyczaić do tego, ale można. Wierzę w to, że będzie dobrze, to będzie.