Posts Tagged: #winter

podbijamy Teksas

No i znów zapragnęliśmy trochę ciepełka, a do tego zostało sporo stanów, których jeszcze nie widzieliśmy więc trzeba się zabrać do roboty. Tym razem padło na Teksas, a żeby było ciepło to jego część południową. Już chyba miesiąc przed wyjazdem zaczęłam obserwować temperaturę tam i coraz bardziej cieszyłam się na ten wyjazd i nagle stało się coś dziwnego, temperatura zaczęła lecieć w dół i cudowne 25 stopni zamieniło się w 10, to nie jest sprawiedliwe!!!!!! No ale cóż jedziemy, do walizki dopakowałam trochę swetrów, ale do kurtki się chyba nie zniżę. W południowym Teksasie nie nosi się kurtek!!! Tam jest ciepło!!! No dobra złamałam się, ale tylko cienką.

Po 12 godzinach drogi, głównie przez pustkowia, bo w tym ogromnym stanie są chyba tylko cztery większe miasta, a oprócz nich płaska pustka dojechaliśmy na przedmieścia, gdzie wynajęliśmy fajny domek, przez AirBnb, po bardzo rozsądnej cenie. Domki dookoła były dziwne. Część ślicznie odremontowana, kolorowa, a część zdecydowanie slamsowata, ale ponoć jest tu bezpiecznie. Do sklepów i centrum miasta niedaleko, więc punkt wyjścia bardzo dobry.

Na pierwszy ogień wzięliśmy Alamo, chyba najbardziej znany symbol San Antonio. Alamo to stara hiszpańska misja katolicka, która została zmieniona na twierdzę, w której odbyło się jedno z dłuższych oblężeń w historii USA, czyli 13 dni oblężenia i 90 minut walki. Siły faktycznie były nierówne, bo na 200 broniących się napierała dwu tysięczna armia meksykańska, ale porównując to to historii Polski to żadna afera. Po bitwie zawołanie, które zna każdy Amerykanin, „Pamiętajcie o Alamo”.

Bardzo podobały się nam stylowe budynki, z pięknymi ogrodami, ciekawie opowiedziana historia, więc spędziliśmy tam trochę czasu i był to czas bardzo przyjemny.

Wróciliśmy tam jeszcze po zmroku, żeby podziwiać iluminacje.

 

a jednak nowe

Weszliśmy w drugi rok naszego pobytu w Stanach. Trochę to dziwne uczucie, bo do tej pory pobyt tu kojarzył nam się z samymi nowościami a teraz ma się coś powtarzać? Dziwne, ale jak się okazuje nie do końca. Bo niby wydarzenia prawie takie same to jednak dla nas inne.

Pierwsze było włączenie światełek w pobliskim Collierville, impreza podobała nam się już w zeszłym roku, więc postanowiliśmy powtórzyć. Ale ten rok był zupełnie inny, byliśmy zdecydowanie lepiej przygotowani wiedzieliśmy, gdzie najlepiej zaparkować, wiedzieliśmy, że trzeba przyjechać trochę wcześniej, żeby nie zabrakło dla nas szalonych okularów i gorącej czekolady z przerażająco słodkimi marshmallow, a najważniejsze było to, że wiedzieliśmy, którędy idzie Mikołaj, więc zajęliśmy pozycje strategiczne i w tym roku Tosia ma zdjęcie z Mikołajem z tego magicznego miejsca.

Drugim takim wydarzeniem była parada świąteczna w Germantown. W zeszłym roku cieszyliśmy się z ładnej pogody i przygotowaliśmy się mentalnie do świąt, a w tym roku braliśmy czynny udział w paradzie. Oczywiście dzięki Tosi, której drużyna biegowa została wytypowana do reprezentowania szkoły, a trener zaprosił też rodziców. Muszę przyznać, że zdecydowanie większym przeżyciem jest maszerowanie wśród tłumu, niż tylko oglądanie. Tosia wzięła o jeszcze bardziej do siebie i stwierdziła, że po roku pobytu w Stanach jest już sławna.

To że naszej starszej córki nie ma na zdjęciach, to nie oznacza, że wypisaliśmy ją z rodziny, ona po prostu w takich banalnych wydarzeniach nie bierze udziału

mroźno? nie dla nas

Dzisiaj wspomnienie jednego z zimniejszych dni, kto nie musi nie wychodzi na dwór, ale my się nie poddaliśmy. Dla nas pogoda była iście zabawowa. Więc poszliśmy się pobawić. Plac zabaw w parku nieopodal jest świetny. Tak naprawdę to 4 różne place tematyczne, wszystkie miękkie, przygotowane do prawdziwego szaleństwa. Tosia oczywiście nie mogła odpuścić sobie ścianki wspinaczkowej, która przy tym nachyleniu jest superbezpieczna, więc mogła szaleć do woli. Dużo, lin, zjeżdżalni i trochę nietypowych atrakcji. Na placu zamontowane są rury, przez które można krzyczeć do siebie, proste urządzenia mogące służyć za instrumenty. Amelka próbowała uzyskać na nich jakieś dźwięki przypominające muzykę. Naprawdę proste rozwiązania, ale wciągające. Poszliśmy tylko na chwilę, a wyszliśmy z placu po 1,5 h. Wariactwo z filmikami slow motion spowodowało, że ledwo żyłam, bo biegałyśmy, skakałyśmy, sprawdzając jakie efekty wyjdą najlepiej. Szaleństwo na huśtawkach. Wszystko nas wciągnęło. Na koniec wybraliśmy na zwiedzanie parku, tym razem samochodem, bo jest on tak wielki, że nie da się tego zrobić na piechotę jednego dnia. Cały czas i we wszystkich przestrzeniach życia sprawdza się zasada, że tutaj wszystko jest większe. Przestrzenie są ogromne.

 

Na zdjęciach zostały uwiecznione również moje wyczyny.

Dzięki Tosi nauczyłam się robić lepiej na szydełku. Miało być ciepło więc wzięliśmy Tosi na wyjazd tylko jedną czapkę, która się zapodziała (ulubione słowo mojej rodziny) zaraz po przyjeździe.

-Mamo zimno mi, zrobisz mi czapkę?

-Ok.

Po południu.

– A może być z pomponem?

-Może.

Następnego dnia.

-A zrobisz mi jeszcze szalik?

-Ok.

Zrobiłam. Trzeciego dnia usłyszałam.

– W ręce jeszcze mi zimno.

Rękawiczek nie zrobię na pewno, ale mogę zrobić mitenki. Efekt macie na zdjęciu. Komplet zrobiony w ramach zapotrzebowania.

Kataklizm

Okazuje się, że w miejscu, gdzie śnieg spada raz na kilka lat i leży najwyżej 2-3 dni nawet delikatny opad powoduje, że świat staje w miejscu. Zgodnie z zapowiedziami temperatura w okolicach Memphis miała spaść poniżej zera. Wywołało to szeroko zakrojoną dyskusję czy zamkną szkoły i wszystkie instytucje publiczne, czy nie. Wyobraźcie sobie, że budzę się i już czeka sms ze szkoły, że lekcje odwołane, szkoły zamknięte. Arek, który pojechał rano do pracy przeżył chwile grozy. Amerykanie w naszym regionie nie są przygotowani na taki kataklizm, opony zimowe nie występują, jeździć po śliskim nikt nie umie. Co kawałek samochód w rowie.

Okazuje się, że zamknięta jest naprawdę cała administracja, lotnisko, uniwersytet w Memphis. Samochodów na drodze prawie nie widać. Wybraliśmy się na chwilę do sklepu. Też zamknięty.

Między moimi koleżankami zawrzała dyskusja, że trzeba dzieciom pokazać śnieg, bo jeszcze nigdy nie widziały. Czad, bo są to dzieci w przedziale 6-10 lat. Ale są problemy. Nie mają ciuchów zimowych, butów. Więc posypały się porady. Reklamówki do butów. Wszystkie warstwy jakie mają, żeby nie było zimno.

Przez pół dnia dzieciaki z całej okolicy wychodziły na dwór, na pół godziny, żeby cieszyć się śniegiem. Co wyglądało tak, że po prostu po nim chodziły i dotykały go. Nie było śnieżek, bałwana i sanek. Dość dziwny widok. Powiedziałam dziewczynom, że czuję się jak w domu. Ale po chwili stwierdziłam, że to nie prawda. U nas zima jest dużo ładniejsza.

Z uśmiechem na twarzy

Poranny widok z naszego okna rozpoczął efekt całodziennego uśmiechu. Biała, piękna plaża, o poranku jeszcze dość pusta, z palmami, które robią niesamowity efekt na zdjęciach, zaczarowała nas.

 

Bay wach jak ze starego serialu wywołał nostalgię. Idziemy na molo, gdzie lokalne ptaki chyba są uczone jak pozować do zdjęć. Wcale się nas nie boją i są bardzo przyjazne.

 

Idziemy piechotą do Clearwater Marine Aquarium. Znamy je z filmów „Mój przyjaciel delfin 1 i 2”, przy oglądaniu których kręci mi się za każdym razem łezka w oku. Jedziemy na spotkanie z Winter i Hope, czyli delfinami których przygody kilka razy przeżywałyśmy jeszcze w Polsce. Ostatnio można było też zobaczyć akwarium w programie „Kobieta na krańcu świata”.

Winter, jest jedynym na świecie delfinem, który stracił płetwę ogonową i dla którego zrobiona została proteza. Historia jest niesamowita, aquarium również. Jest to miejsce, w którym się szanują zwierzęta, pomagają im i je badają, ale również pomagają wielu chorym i niepełnosprawnym dzieciom i dorosłym. Po sukcesie filmu miejsce jest doskonale przygotowane do zwiedzania, jest tam naprawdę wielu zwiedzających, ale wszyscy wolontariusze zwracają uwagę na to, że dzięki nim mogą się rozwijać i jeszcze lepiej działać. Pierwszym wolontariuszem na naszej drodze jest 75 letni sympatyczny i uśmiechnięty Polak, który w USA jest już od 72 roku.

Spędzamy tam chyba 3 godziny oglądając jak troskliwie opiekują się delfinami, podają im leki i badają je. Bardzo podobają się nam wielkie żółwie, małe manty, które można pogłaskać, akwaria z konikami morskimi. Głośny śmiech wywołuje nurek przebrany za Mikołaja, bo przecież jest okres świąteczny, chociaż, przy 28 stopniach na dworze zupełnie tego nie czujemy.

 

Wybieramy się również na misję statkiem, pływamy między wyspami i zatoką, podziwiając piękne widoki, całą drogę słuchamy o zwierzętach zamieszkujących zatokę meksykańską i oglądamy ciekawe okazy ryb, krabów i muszli. Przybijamy na chwilę do muszlowej wysepki i możemy zejść pochodzić w kółko i pozbierać muszle, chociaż te największe są w kawałkach. Mimo tego wyspa robi niezwykłe wrażenie. Gdyby nie ci wszyscy ludzie wokół nas, można by powiedzieć, że byliśmy na bezludnej wyspie, bo nikt jej nie zamieszkuje.

 

Jest super. Wracamy spokojnie do hotelu i idziemy na plażę, bo zbliża się zachód słońca. Cudownie miękki i ciepły piasek, setki mew i słońce pokazujące jakie potrafi wyczarować kolory. Setki zdjęć. Trzeba będzie coś wybrać, ale będzie trudno. Tosia oczywiście szaleje w morzu. Amelia z książką, Arek zadziwiony patrzy na nas, a ja nie wiem, gdzie się patrzeć. Jest pięknie, tylko wymazałbym tych wszystkich ludzi, wolałabym być tu sama. Chociaż nie ma głośnej muzyki i nawoływania sprzedawców.

 

Jest tu tak bajecznie i kolorowo, że wszystko wygląda jak kiczowaty przerysowany obrazek. Ale niesamowite jest to, że to wszystko istnieje. Przyroda jest niesamowita i wybiega daleko po za nasze oczekiwania i wyobrażenia.