Archiwum: #travel

gadżety świąteczne

Już pisałam o gadżetach, ale przy okazji wszystkich Świąt znajduję setki takich które mnie od nowa zadziwiają. Świąteczne szaleństwo mnie zadziwia za każdym razem jak jestem w sklepie. Skala jest niesamowita. Coraz mniej mnie dziwi, że ludzie tutaj mają takie duże domy, bo przecież muszą upychać gdzieś te wszystkie gadżety, których nie wykorzystują między świętami.

Zaczynamy od kuchennych, świąteczne ściereczki i ręczniczki już nie robią na nas wrażenia, ale świąteczne gąbki do naczyń i schowanka na nie, solniczki, pieprzniczki, przewracarki do placuszków, minutniki. Jak żyć bez nich?

 

 

Można wymyślić każdą świąteczną pierdółkę, naklejeczki na prezenty, wszystkie możliwe rodzaje opakowań, papierów, kokardek, zaproszeń…. I tysiące innych rzeczy

 

Ale również np. tony skarpet świątecznych i to co mnie chyba najbardziej rozwala sukieneczki do choinek. Zapomnijcie o tym, że choinka może stać po prostu w doniczce, albo na ładnym stojaku. Choinka musi mieć sukieneczkę. Jak pokazałam zdjęcia mojej choinki mojej nauczycielce angielskiego to zapytała mnie a gdzie sukienka? Odpowiedziałam, że nie mam. Nie ma takiej opcji, ona ma kilka i mi pożyczy, nie miałam sumienia przyznać, że nie mam takiej potrzeby

z Lincolnem w tle

To jak bardzo kocham moje córki okazuję między innymi tak, że pojechałam z młodszą w listopadzie na północ (nie tak całkiem, ale jednak trochę), żeby mogła się wykazać na biegowych zawodach krajowych. Po 8 godzinach podróży, 5 godzinach w błocie, na wietrze, przy dość niskiej temperaturze, szczęśliwe po osiągnięciach Tosi postanowiłyśmy wykorzystać tą podróż w celach bardziej rozrywko poznawczych.

A podróżowałyśmy tym razem tylko we dwie (no nie do końca jest to prawda, bo nie byłyśmy same, tylko w towarzystwie zaprzyjaźnionej Japońskiej rodziny), Amelka i Arek cieszyli się w domu swobodą, spokojem i ładną pogodą.  A nasza wesoła międzynarodowa ekipa postanowiła, że wracając do domu zboczymy trochę z drogi i zahaczymy o małe miasteczko o nazwie Hodgenville w którym znajduje się jeden z Parków Narodowych obejmujący miejsce urodzenia Abrahama Lincolna.

 Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się, jak są zorganizowane takie miejsca. Prosto, ale interesująco, może bez fajerwerków, ale zawsze ciekawie.

Po obowiązkowej fotce przed bramą parku, tablica poinformowała nas, że zwiedzanie powinniśmy zacząć od centrum informacyjnego, w którym Abraham Lincoln króluje na każdym kroku. Po wejściu dostaliśmy mapki z innymi miejscami związanymi z Lincolnem w Kentucky i zostaliśmy zaproszeni do obejrzenia 15 minutowego filmu o jego życiu tutaj. Byłam trochę wstrząśnięta historią jego życia, w tym pierwszym okresie. Zmaganie się z atakami Indian, walką z niewolnictwem, pogodą i innymi przeciwnościami losu, tym dzikim zakątku w maleńkim domku, w którym zdecydowanie nie chciałabym spędzić zimy, to była na pewno lekcja charakteru.

W centrum można było zobaczyć, jak wyglądało wnętrze domu w tamtych czasach, a zgodnie z informacjami w filmie rodzina Lincolna w tym czasie zaliczali się do klasy średniej, jego ojciec był stolarzem.

Centrum zadbało również o aktywną atrakcję dla dzieci, mogą one układać drewniane domki w stylu Lincolna.

 

Po malutkich zakupach w sklepiku z pamiątkami, zaopatrzeni w kolejne mapy z innymi atrakcjami w Kentucky idziemy zobaczyć Memorial Building, do którego prowadzi 56 stopni, symbolizujących lata życia Lincolna, ale teraz odbywa się częściowy remont, więc idziemy inną drogą, długą drewnianą alejką dla niepełnosprawnych. Dochodzimy do kamiennego budynku, którego wnętrze kryje dom Lincolna. Tabliczka głosi jednak, że może to nie być oryginalny dom jego rodziny, tylko taki sam, zbudowany kilka lat później, ale i tak wrażenie jest duże. Cały czas myślę o tym w jakich warunkach żył jeden z większych prezydentów Stanów Zjednoczonych. I co w tym czasie działo się w Europie, różnica była niesamowita.

Na zakończenie rozgrzewka polegająca na wyścigach schodami w górę i prawie mogę zdjąć szalik, pomimo nieprzyjemnej prawie północnej pogody.

Uważam wycieczkę za bardzo udaną a przy okazji na prawdę pouczającą.

Falcons czyli sokoły

Siedzą we mnie takie emocje, że mam ochotę zacząć od końca, ale spróbuję jednak od początku. Moja młodsza córka dziesięcioletnia Tosia postanowiła wypróbować swoich sił w bieganiu i jeszcze w czasie wakacji chodziła na treningi przygotowawcze, żeby wziąć udział w eliminacjach do drużyny, zwanej Falcons czyli sokoły. Konkurencja była duża i trudna, bo brały w niej udział również dzieci które biegały cały poprzedni sezon. Do przebiegnięcia były 2 mile, do drużyny kwalifikowała się najlepsza piętnastka dziewczyn i chłopców.  Udało się Tosia była 14.

No i zaczęło się. Cztery razy w tygodniu treningi, a po miesiącu w każdy poniedziałek po szkole wyścig. Wyścigi nazywają się Cross Country, dzieciaki biegają 1 milę w terenie, po trawie, często pod górkę, często w temperaturze 30 stopni. Każdy wyścig był punktowany i kwalifikował dzieciaki do następnego etapu, czyli zawodów regionalnych. Każdy wyścig to było duże wydarzenie, były 4 kategorie biegaczy i w każdej ok. 250 osób. Organizacja musiała być naprawdę sprawna, żeby to wszystko ogarnąć.

Wyniki Tosi z wyścigu na wyścig były coraz lepsze. Trener stał się najważniejszym człowiekiem na ziemi. Drużyna radzi sobie super. Mają swoje przywitanie, zawołania, tajne kody, tajne narady. Szał w trampkach.

 Oczywiście wszystkie dzieci mają jednakowe stroje, plecaki, butelki. Rodzice też się załapali na koszulki, żeby lepiej kibicować.

Aby integracja była jeszcze większa i żeby dzieciaki zdobywały jak największe doświadczenie trener z pomocą rodziców zorganizowała bieg na dwie mile na terenie szkoły. Wyścig był dla dzieciaków ze wszystkich podstawówek z naszego miasteczka. Poświęcenie duże, bo bieg kończył się po zmroku, ale radość też duża, bo dziewczyny zajęły pierwsze miejsce, chłopcy drugie. Na zakończenie dzieciaki piły toast z wygranego pucharu.

 

W tak zwanym międzyczasie pomimo braku wiary w siebie Tosia przebiegła pierwszy wyścig, na 5 kilometrów i to chyba dodało jej skrzydeł. W wyścigu tym wzięła udział prawie cała moja rodzina, ja zostałam, żeby robić zdjęcia.

 

Następny wyścig drużynowy był genialny i dał dziewczynom awans do zawodów stanowych z pierwszego miejsca.  Tosia jak zaczęła treningi to charczała po 400 metrach, pierwszy bieg w wyścigu to rezultat 7.47, a jak zaczęła wierzyć w siebie to pobiegła 6.59. To było coś niesamowitego. Ona ryczała na mecie i ja też.

 A teraz zaczyna się ekstraklasa.

Do drużyny podstawowej zwanej Varsity Team na zawody stanowe dostało się 10 najlepszych dziewczyn i 10 najlepszych chłopców, dodatkowo startowała drużyna mieszana zwana Junior Varsity Team. Tosia jest dziesiąta w złotej dziesiątce, to jest niesamowite, biega 3,5 miesiące i będzie reprezentowała szkołę w zawodach tej rangi. Zawody są w Knoxville, 6 godzin od nas. Dzieciaki jada autobusem, na który udało nam się zebrać pieniądze. Organizowaliśmy min. imprezę dla całej szkoły. Trener jest już od kilku lat nadwornym dj, rodzice zorganizowali resztę. Zabawa była przednia. Najbardziej podobała mi się atrakcja polegająca na przyklejaniu nauczycieli do ściany. Niezłe??? W tym roku udało się, po odsunięciu ławki, na której stały nauczycielki, pozostały one niewzruszone na swoich miejscach.

 

 

Wracając do tematu głównego Pogoda w dzień wyścigów stanowych była szalona, rano 12 stopni a w południe 30 i pełne słońce. Ale pomimo tego dzieciaki pokazały co potrafią.

W konkurencji głównej biegły 297 dziewczynki i muszę przyznać, że to co zobaczyłam było oszałamiające. Wszystkie były niesamowite, te zawody zdecydowanie różniły się od poprzednich, bo poziom wszystkich był bardzo wyrównany. Emocje były tak wielkie, że próba nagrania filmu przeze mnie skończyła się fiaskiem, miałam trawę, niebo i czasami nogi. Tosia była 9 w swojej drużynie, udało jej się połknąć jedną dziewczynę. Drużyna dziewczyn skończyła zawody na 2 miejscu, a chłopców na 4, to znaczy, że obie drużyny jadą na Zawody Krajowe i to już jest prawdziwe szaleństwo, nie mogę w to uwierzyć, że za miesiąc moje dziecko zmierzy się z najlepszymi biegaczami szkół podstawowych w całych Stanach. Będę potrzebowała waleriany.

 

 

indianie i wodospad

No to już prawie koniec naszego pobytu w górach, więc chcemy zrobić wszystko i oczywiście nie możemy się zdecydować. W końcu podejmujemy decyzję, że jedziemy zobaczyć dwa górskie miasteczka, a potem coś wymyślimy. Pierwszym miasteczkiem po przebyciu tysiąca zakrętów jest Bryson City. Jest to już następna gmina, czyli county więc jest nowy punkt informacji turystycznej, z którego wychodzimy zaopatrzeni w mapy i ulotki. Miasteczko wygląda jak z westernów, główną atrakcją jest tutaj pociąg jadący wzdłuż gór, ale postanawiamy nie korzystać z tej atrakcji, bo pewnie takie same widoki są okna samochodu, pociąg dla naszych dzieci to żadna atrakcja, a zajmie nam to dużo czasu.

Nie możemy powstrzymać się od pomyszkowania po sklepach i odnajdujemy przedziwne rzeczy. Milion koszulek, głównie z niedźwiedziem lub lokomotywą, przeróżna nakrycia głowy, dzwonki, odznaki, itp. Nie jesteśmy dobrymi klientami, bo wychodzimy z pustymi rękami. Miasteczku przyglądamy się popijając kawę (ja mrożoną, bo jest naprawdę gorąco) i shake.

Namówieni przez ulotki jedziemy do indiańskiego miasteczka Cherokee, które oferuje muzeum, wioskę indiańską i sklep z wyrobami prawdziwie indiańskimi. Miasteczko znajduje się na terenie rezerwatu, ale zaraz po wjechaniu czujemy, że to wszystko wygląda trochę sztucznie, a nawet bardzo sztucznie. Zaglądamy do sklepu z wyrobami indiańskimi, ale te które faktycznie mogą być oryginalne kosztują majątek. Naprawdę majątek. Lekko zniesmaczeni idziemy na spacer ulicą rozmyślając co jeszcze dzisiaj zrobić. Po spotkaniu jednego Indianina, który jest bardzo miły i zaprasza do wspólnego zdjęcia, postanawiamy odpuścić sobie wioskę indiańską i wrócić do natury.

 

Jedziemy zobaczyć wodospad Yellow Creek Falls, który jest niedaleko naszego domu. Zatrzymujemy się na małym parkingu, na którym stoją już dwa samochody, co jak pisałam jest dużą rzadkością, czytamy tablicę informacyjną i po raz pierwszy jest tam naprawdę ostrzeżenie o niedźwiedziach. Oczy dookoła głowy. Szlak wiodący do wodospadu nie jest długi, ale jest przyjemnie dziki. Docieramy na miejsce. Wodospad nie jest może bardzo duży, ale jest uroczy. Przez pierwsze 10 minut dzielimy go jeszcze z dwoma rodzinami, a później zostajemy sami. Zaczynamy przeskakiwać z kamienia na kamień, brodzić w wodzie wszystko w poszukiwaniu jak najlepszego ujęcia. Amelka dowiedziała się od naszej gospodyni, że ona się kąpie w tym wodospadzie, więc dzielnie postanowiła spróbować. Muszę powiedzieć, że nie myślałam, że jestem taką mamą kwoką, ale jęczałam strasznie, że to może być niebezpieczne, bo kamienie śliskie i nie wiadomo co pod wodą, bo pomimo tego, że woda jak kryształ to kamienie ciemne i jak jest trochę głębiej to nic nie widać. Dziecko pomarudziło i dostało zgodę. Ups. To chyba mało pedagogiczne.

Dzielnie przebrała się w stój i już po chwili stała po kolana w wodzie, po następnym kroku była już po pas, a za chwilę, spadała na nią woda z wodospadu. Darłam się tylko jak za bardzo zbliżała się do nurtu, ale strasznie jej zazdrościłam, więc już po chwili z wielkim strachem wchodziłam do wody. Woda była mega zimna, ale Bałtyk bywa podobny, więc dzielnie do przodu. Po chwili pozowania w pobliżu wodospadu wpadłam po szyję, bo się poślizgnęłam i dzięki temu nawet pływałam w wodospadzie, ale oczywiście mój mąż osobisty tego nie uchwycił. Mam zdjęcia jak pokracznie wchodzę do wody i równie pokracznie z niej wychodzę, ale wdzięcznego pływania nie mam.

Wodospad dopełnił nasze szczęście, w drodze powrotnej jeszcze jedno piękne miejsce i oczywiście potrzeba, żeby usiąść na każdym kamieniu, bo jeden lepszy od drugiego. Uwielbiam górskie potoki i wodospady.

 

Jutro wracamy do domu, wypoczęci, pełni wrażeń, a przed nami znów droga miliona najciaśniejszych zakrętów na świecie. Ufff jakoś dam radę.

i do lasu

To już trzeci nasz dzień w górach i zapowiada się aktywnie. Pogoda cudowna, pierwszy przystanek planujemy w Joyce Kilmer Memorial Forest. To, jak podaje przewodnik, jedna z najpopularniejszych tras w Stanach, o długości trochę ponad 3 km. Jest to miejsce, w którym udało się zachować nienaruszoną przyrodę. Ponad 400 letnie drzewa, które nie wszystkie udaje nam się objąć, nawet jak próbujemy całą rodziną, sięgające ponad 30 metrów do nieba. Prawie przez całą drogę towarzyszy nam szum strumienia. Jedna rzecz, do której nie możemy się przyzwyczaić, to wszechobecna wilgoć, ale dzięki temu cały las jest świeży i błyszczący. Cały czas wypatrujemy niedźwiedzi, bo nasłuchaliśmy się, że w tych lasach jest ich sporo. Przeczytaliśmy nawet instrukcję jak postępować, jak się spotka niedźwiedzia, ale nie wiem, czy chcę stanąć z jakimś, oko w oko, albo bardziej prawdziwe jest: chciałabym, ale się boję.

Tym razem na szlaku spotykamy wesołą grupę emerytów, która oczywiście proponuje nam zrobienie zdjęcia rodzinnego i wypytuje nas skąd jesteśmy, czy jednak akcent nas zdradza. Ha, ha. Szlak jest przygotowany, ale nie jest to szeroka droga, tylko ładnie wkomponowana w krajobraz ścieżka. Z trasy można zejść dwiema drogami, ale przy jednej wisi kartka, że zamknięta. Pan emeryt informuje nas jednak, że oficjalnie zamknięta, ale można iść. Z nielegalnego szlaku zawracają nas dwie panie, które mówią, że ścieżkę zagradza przewalone drzewo i trudno je obejść, a do tego lata dużo szerszeni. Ten argument do nas przemawia i wracamy legalną trasą.

 

Po wysiłku czas na zasłużony odpoczynek, zjeżdżamy nad jezioro, parking jest prawie pusty, a nas woła miły pomost. Okazuje się, że jesteśmy sami, hura. Dziewczyny wyciągają stroje kąpielowe, Amelia jest nawet tak dzielna, że pomimo chłodnej górskiej wody odważa się wziąć kąpiel. My wylegujemy się na pomoście. Arek umila sobie czas budowaniem wieży z paluszków. Pełen spokój.

Aaaaaa czyżbym umiała chodzić po wodzie??? Czy to coś znaczy ?

 

Naszym kolejnym celem jest droga zwana Cherohala Skyway, która wspina się na ponad 5000 stóp (jak ja muszę się męczyć z tymi szalonymi jednostkami to wam też czasami utrudnię) i od której prowadzą szlaki na pobliskie szczyty. Po krótkim zwiedzaniu w sposób klasyczny amerykański, czyli punkt widokowy – fota, następny punkt widokowy – fota, wybieramy się na najwyższy szczyt.

Hooper Bald. Droga nazywa się Huckelberry Trailhead, rozpoczyna się na wysokości 5300 stóp i kończy na 5560 po około 2 km. Szczyty są dziwne, bo nie przypominają szczytów, tylko rozległe pastwiska, ale widoki są niesamowite i wiecie co, znów jesteśmy sami. Jest nawet miejsce na ognisko, ale na to nie jesteśmy gotowi. Pogoda jak to w górach zaczyna się zmieniać, więc czas wracać. Cały krajobraz jest jakby zamglony co jest tutaj powszechne, stąd wzięła się też nazwa tych gór.

W drodze powrotnej widzieliśmy mgłę snującą się nad potokiem. Niesamowite wrażenie, dookoła przejrzyście, a nad wodą jakby ktoś ognisko palił.

 

Po powrocie do domku Arek z Tosią szykują prawdziwe ognisko. Oczywiście zawodowe. Po kolacji dziewczyny odbywają z właścicielką ceremonię ognia, którą odprawia codziennie po zachodzie słońca, ceremonia kończy się medytacją, więc wracają spokojne i możemy pograć w kości, tym razem może nikt nie będzie walczył o wygraną, jakby to była walka na śmierć i życie.

w góry

Dziewczyny w szkole mają tygodniową jesienną przerwę więc co my możemy zrobić, oczywiście planujemy kolejną wyprawę. Tym razem stawiamy na Great Smoky Mountains National Park, a tak naprawdę będziemy nocowali tuż za jego granicą w miejscu o cudownie brzmiącej nazwie Nantahala National Fores, w którym noclegi są o połowę tańsze. Chcemy pobyć trochę z przyrodą, mam nadzieję, że nam się to uda. Przez Airbnb znaleźliśmy cudowny domek w środku lasu, ale wiadomo jak to z ofertami z internetu, pomimo dokładnego sprawdzenia czasami okazuje się, że jest jakiś duży minus. Wiedzieliśmy z opisu, że lepiej zabrać ze sobą jedzenie i musimy do Pani zadzwonić godzinę przed dojazdem, bo potem już nie ma internetu. Trochę nie mogłam w to uwierzyć, ale to szczera prawda. Godzinę w jedną i godzinę w drugą stronę. No i dobrze, zanosi się na prawdziwy odpoczynek. Ostatnie 40 minut przed dojechaniem do celu nie myślałam o internecie a tak naprawdę nie myślałam o niczym, tylko starałam się trzymać siedzenia, bo okazało się, że dojazd prowadzi drogą 129 zwaną Smokiem, która jest ulubioną drogą motocyklistów i kierowców samochodów zwanych naleśnikami, bo składa się z samych zakrętów i to jakich …. Na kilku zakrętach siedzieli ludzie z aparatami i trzaskali fotki, można potem wejść na stronę i kupić sobie zdjęcie, albo koszulkę ze zdjęciem z sobą z słynnej drodze. Niezłe.

Ledwo żywa dojechałam na miejsce, ale, ale wynagrodziło mi ono wszystkie niedogodności dojazdu. Totalny koniec świata. Cudowny drewniany domek z tarasem, po którym biegały wiewiórki. Ale niestety nie zrobiłam im zdjęcia, bo jak biegały to byłam zajęta gapieniem się na nie.

Oj strasznie rozwlekam się dzisiaj, ale mam tyle ciekawostek w głowie, że chciałabym przynajmniej częścią się z wami podzielić.

Pani wykupiła teren byłej szkoły, więc na środku lasu mieliśmy salę gimnastyczną i kort tenisowy, a na krzesełku koło biura było wifi. Przyznam się, że w czwartek już nie dałam razy nie skorzystać z krzesełka internetowego.

Pierwszy dzień zaczęliśmy ogniskiem z naszymi polskimi kiełbasami. Przygotowanie patyków przy świetle z latarki, prawdziwy survival.

Pierwszy poranek był ciepły, ale dżdżysty więc spokojnie wyruszyliśmy na sprawdzenie najbliższej okolicy uzbrojeni we wskazówki o najciekawszych miejscach od naszej gospodyni.

Przepraszam, ale znów muszę coś wtrącić. Amerykanie dzielą się z niewielkimi wyjątkami na dwie grupy turystów. Pierwsza zdecydowanie większa to ludzie, którzy jadąc np. w góry zatrzymują się w miasteczku bezpośrednio graniczącym z górami i przez góry przejeżdżają zatrzymując się na wyznaczonych parkingach w miejscach widokowych, trzaskają fotę i jadą dalej. Naprawdę nie kłamię. Drugą grupą są ludzie, którzy z namiotem znikają na tydzień na szlaku i nie boją się niedźwiedzi. My i kilka innych osób prezentowaliśmy trzecią zdecydowanie najmniej liczną grupę, bo wprawdzie jeździliśmy w różne miejsca, czasami strzelaliśmy foty w miejscach widokowych, ale najbardziej cieszyło nas, jak jednak mogliśmy przebyć jakąś drogę z parkingu na nogach, żeby zobaczyć coś ciekawego. A najpiękniejsze było to, że często w tych miejscach byliśmy sami, dzięki czemu mogliśmy naprawdę podelektować się miejscem.

I tak pierwszego dnia zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym sprzedają pyszny lokalny miód, który można oczywiście skosztować na miejscu, wyroby z miodu i z wosku, ale mają też mały budynek z informacjami o pszczołach, a dla dzieci dodatkową atrakcją jest zagroda z kurami i kozami. Pan właściciel dysponował szeregiem map i przewodników i również zaznaczył nam, gdzie naprawdę warto jechać i iść.

Po drodze przejeżdżaliśmy przez małe miasteczko, w którym na szczęście był dość duży sklep, kupiliśmy świeże pieczywo i uzupełniliśmy prowiant na ognisko, ale okazało się, że nie mogliśmy tam kupić ani grama alkoholu, bo cała, tak jakby gmina to „dry country” czyli obszar bez sprzedaży alkoholu pytamy, dlaczego, a odpowiedź brzmi: bo ludzie nie chcieli. W Stanach, a szczególnie na południu nie jest to takie wyjątkowe.

Kolejny postój robimy w małej galerii ceramiki, której właścicielka zajmuje się również robieniem naturalnych serów. Po chwili rozmowy dowiadujemy się, że pani dziadek pochodzi z Gdańska. Zachwycamy się naczyniami, próbujemy ser, kupujemy naszym zdaniem najlepszy, z pomidorami i bazylią i dostajemy propozycję, że możemy się przejść chwilę pod górkę i zobaczyć ich gospodarstwo. Oczywiście korzystamy. Nigdy nie widziałam krowy, a raczej krówki z tak pięknymi oczami, jak ta dzięki której mam ten ser.

Wracając słyszymy wołanie pani właścicielki. Mam kolejnych gości z Poland. Idę i wołam Arka, a pani śmiejąc się mówi. Nie ekscytuj się tak, bo oni są z Poland, ale w Ohio. No to trochę się pośmialiśmy i pojechaliśmy zobaczyć tamę na jeziorze Fontana, a tak naprawdę na rzece Małe Tennessee, dzięki której powstało jezioro Fontana.

Niesamowite wrażenie, piękne widoki i bardzo ciekawie przygotowane centrum dla zwiedzających z tarasem widokowym. Można napawać się wielkością. Cudo

Po drodze do domu zatrzymujemy się przy drugiej tamie, która jest ciekawa o tyle, że to tutaj kręcili scenę w filmie „Ścigany”, w której Harrison Ford skacze z tamy. Byliśmy, widzieliśmy.

Dzień kończymy oczywiście ogniskiem, które dzisiaj jest doposażone w gigantyczne Marshmallow. Dzieciaki podekscytowane, ja podchodzę to tej tony cukru z wahaniem, ale okazuje się, że jak się dobrze przygotuje, to cała pianka zamienia się w ciągnącą się delikatną masę z lekko chrupiącą skórką. Wymiękam. Poproszę jedną.

oko w oko

 

Kilka dni temu wróciliśmy z przedłużonego weekendu na Florydzie. Muszę wam o tym napisać, bo cały czasz jeszcze emocje we mnie buzują. Wprawdzie opowiedziałam już kilku moim znajomym, bo nie dałam rady zatrzymać wszystkiego w sobie. Emocje dosłownie wylewają się ze mnie. Muszę przyznać, że piszę dla was, ale też dla siebie, bo okazuje się, że z czasem emocje blakną i jak czytam moje własne wpisy po dłuższej przerwie to często mnie zaskakują.

No więc, znajomi zaproponowali nam wyjazd na 4 dni na Florydę, 8 godzin od nas oczywiście odpowiedź musiała brzmieć: tak. To był strzał w dziesiątkę, bo oni lepiej znają wybrzeże i znaleźli dom do wynajęcia w spokojnej miejscowości, bez jednego hotelu, więc było zdecydowanie mniej ludzi niż w ostatnio odwiedzonym przez nas miejscu. Pogoda pomimo nienajlepszych prognoz była cudowna. Ciepło, słonecznie, nawet w nocy temperatura była bardzo przyjemna i nie było żadnego komara. Pierwszego dnia morze przywitało nas dużymi falami, więc dzieciaki (nie tylko) skakały, pływały, nurkowały w rytm szaleństwa. Drugiego dnia morze było już spokojniejsze, woda zrobiła się turkusowa i można było zacząć obserwować morskie życie.

 

Popołudniami napychaliśmy się świeżymi rybami i krewetkami na zapas, bo były niesamowite. Wprawdzie chłopaki codziennie wieczorem chodzili na ryby, ale wszystko wypuszczali do wody twierdząc, że rozmiary są niezadowalające. Dzieciaki miały ubaw, po zmroku biegały z czołówkami po plaży szukając krabów. Każdy znaleziony wzbudzał dzikie okrzyki zadowolenia. Sposób łowienia chłopaków wzbudzał trochę kontrowersji. Wchodzili z wędkami po szyję do wody, a to po szyję, to było dość daleko od brzegu, zarzucali i spokojnym krokiem wracali do brzegu. Zaczęliśmy zastanawiać się nad konsekwencjami jak jeden z chłopaków poszedł również na poranne połowy i przyniósł do domu do spróbowania 4 rekinki.

 

Po tych połowach jak szliśmy na plażę, to każdy każdego przekonywał, że przecież na płytkiej wodzie nic nam się nie stanie i oczywiście po chwili szaleństwa w wodzie już były takie same jak wcześniej. W pewnym momencie chcąc uciec trochę od dzieci odpłynęłyśmy z koleżanką trochę dalej i gadałyśmy kołysząc się na falach. W pewnym momencie jej mąż krzyczy do nas. Płetwa za wami. Pośmiałyśmy się trochę i gadamy dalej. Ale jak ludzie zaczęli pokazywać palcami w naszym kierunku to zaczęłyśmy się rozglądać i zobaczyłyśmy płetwę wystającą z wody. No tak szybko, to jeszcze nigdy nie płynęłam. Bo płetwa była duża. Jak już prawie byłyśmy na płytkim to usłyszałyśmy wołanie, że to nie rekiny, tylko delfiny. Kolega nam tłumaczył, że delfiny mają lekko zaokrągloną płetwę, a rekiny ostro zakończoną. No dobra. Jak już stałam tylko po pas w wodzie to mogłam nie uciekać w panice, tylko naprawdę przyjrzeć się co to za płetwa wystaje z wody. To naprawdę były delfiny. Zaczęły lekko skakać, żeby pokazać nam się w całej okazałości. Nie mogłam oderwać od nich wzroku do czasu, aż zobaczyłam duży cień przepływający metr ode mnie. Dostałam zeza rozbieżnego, bo koło mnie pływały dwie wielkie manty. Już dawno nie czułam się tak blisko natury. To było coś niesamowitego.

 Popołudniu pojechaliśmy kawałek dalej na plażę znajdującą się na terenie parku. To było bardziej dzikie miejsce, z gniazdami żółwi, wydmami i dużą ilością ptaków. Chłopaki zaczęli powtarzać akcję łowienia z wchodzeniem po szyję do wody i jak wyciągnął z wody rekinka to adrenalina skoczyła nam dość znacznie. Wprawdzie rekinek był mały i odzyskał wolność, ale za chwilę nasz sąsiad wyciągnął metrowego. Ok kąpiemy się dalej, ale zdecydowanie bliżej brzegu.  

 

Wieczór przeszedł w noc cudownym zachodem słońca, następnie księżyc w pełni pokazał co potrafi i chłopaki w końcu złowili ryby które można było zjeść. Jest sukces i będzie kolacje.

To był niezapomniany wyjazd. Pierwszy raz delfiny na wolności i przebywanie z przyrodą, niesamowitą przyrodą naprawdę oko w oko sprawiło, że co jakiś czas piszczałam z radości i czułam się ja dziecko.  

A to moje laski wracające z podróży.

eclipse

Wprawdzie relację fb przeprowadziłam prawie “na żywo” ale teraz chyba już więcej uda mi się napisać, bo emocje już trochę opadły. No więc mieliśmy dzisiaj zaćmienie słońca, ale w naszej miejscowości było tylko albo aż 94 %. W każdej szkole zaplanowane było oglądanie, większość naszych znajomych wybierała się do parku, ale w nas cały czas wewnętrzny głos mówił. Macie tylko 3 godziny do całkowitego zaćmienia, niektórzy ludzie lecą przez pół świata za ciężkie pieniądze a my z lenistwa nie wsadzimy naszych szanownych 4 liter do samochodu, nie może tak być. Poczytaliśmy o zaćmieniu dość dużo, trochę teorii naukowych, jak często się zdarza, że podczas częściowego zaćmienia trzeba patrzyć przez okulary, a przy zupełnym już nie. Ale jakoś nie potrafiliśmy sobie tego wyobrazić. Widzieliśmy już kilka razy częściowe, niesamowite, ale …..

Wyjechaliśmy wcześnie rano, żeby uniknąć korków, kierowaliśmy się jak najbliżej od nas w linii prostej. Wypadło nad jeziorem, bo trzeba jakoś spędzić czas przed zaćmieniem. Wylądowaliśmy na małym Campingu, na którym wszyscy nas pytali jak się tutaj znaleźliśmy, pozdrawiali nas co chwila, nakarmili, bo bez jedzenia nie może się odbyć żadne ważne wydarzenie. Las ciepła woda i spokój. W pewnym momencie padło hasło, że częściowe już jest i chociaż na zewnątrz nic się nie zmieniło to po założeniu okularów faktycznie widać było księżyc zasłaniający słońce. Na początku, przy małym zaćmieniu księżyc był bardzo dobrze widoczny, nie była to tylko plama na słońcu. Widać było też zdecydowaną różnicę odległości. W miarę jak księżyc zasłaniał słońce zaczynały się zmieniać kolory na dworze, nie było to bardzo zauważalne, ale jednak. Nadal bez okularów wszystko wyglądało jak normalny słoneczny dzień, jak ktoś nie wiedział, że jest zaćmienie, to przy 90% jeszcze niczego by nie zauważył. Duże zmiany zaczęły się jak już został sam rogalik. Emocje sięgnęły zenitu. Chcieliśmy robić wszystko na raz. Pisać do znajomych, robić zdjęcia telefonami, aparatem, nagrywać. Zaczęliśmy żałować, że nie wzięliśmy przynajmniej 2 statywów, że nie kupiliśmy profesjonalnego obiektywu na aparat. Wszystko naraz.

 

Ja po długich bojach z naszym aparatem, żeby mnie słuchał robiłam zdjęcia przez nasze okulary, bo gołym okiem cały czas było po prostu słońce. Robiło się mniej jasne, ale cały czas było nie do przejrzenia. I w pewnym momencie już dosłownie sekundy przed tym jak całkowicie księżyc zasłonił słońce zaczęliśmy zerkać, żeby nic nie stracić i nagle ktoś wyłączył światło. To było niesamowite, obezwładniające, odbierające głos. Dosłownie trzęsłam się z emocji. Można było patrzeć, robić zdjęcia bezpośrednio, bez żadnych osłon, pojawiły się gwiazdy, widać było niesamowitą iskrzącą się obręcz, ale słońca nie było. To był niesamowity kontakt z przyrodą, działo się to tu i teraz i ja to widziałam, tak po prostu. Te długie i krótkie 2 minuty i 20 sekund, których nikt nie liczył skończyły się niespodziewanie. To znów był błysk i na niebie pojawiło się słońce i znów gołym okiem, nie kawałek, po prostu słońce.

 

Jeszcze teraz mam ciarki i chyba jeszcze długo będę je miała. Mamy już kilka pomysłów na udoskonalenie rejestracji kolejnego zaćmienia. To wciąga, jak się okazuje. Dziękuję Grzegorzowi Lipcowi, że mnie natchnął i dziękuję mojej rodzinie za to że, to tacy sami wariaci jak ja.

różowe szaleństwo

Wiecie już, że jestem przygotowana do różowego szaleństwa, więc teraz szczegóły. W przeddzień oficjalnego otwarcia konwencji firmy Trzydzieści Jeden, byłyśmy zaproszone na imprezę z tańcami. Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, ale chwilę po ty jak przyzwyczaiłam się do obezwładniającego różu okazało się, że można tam się fajnie bawić. Super muzyka „na żywo” z chwili na chwilę trochę więcej tańczących. Znalazły się nawet takie wariatki jak ja i po jakimś czasie szalałyśmy na scenie. Jak zabawa, to zabawa. AAAAAAA Okazało się, że szalałam z właścicielką firmy. Wierzycie w to? Ja nie mogłam uwierzyć, rozmawiałam z nią, a potem z rzeczniczką prasową. Śmiałyśmy się, że nikt specjalnie jeszcze z Polski na ich imprezę nie przyjechał.

 

Prawdziwe otwarcie konwencji okazało się obezwładniające. Balony, muzyka, oprawa jak na wielkim koncercie, emocje, ekscytacja, zaczęło mnie to ruszać. Naprawdę. Nie wytrzymałam tam cały czas, bo poziom indoktrynacji był za duży. Jesteście najlepsze. Możecie wszystko. Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Każda osoba zabierająca głos była najszczęśliwsza na świecie i najbardziej przekonująca. Jedna z nich schudła 40 kilo, choć nikt w nią nie wierzył, druga jak wypuściła dzieci do szkoły to założyła firmę wartą teraz miliony dolarów. Bardzo ważnym elementem całej imprezy była wiara. Słowo „Belief” było wymieniane miliony razy. Po takiej indoktrynacji, czujesz się prawie w obowiązku emanować szczęściem i radością. Musisz móc wszystko. Trochę to było przytłaczające, ale niesamowicie ciekawe.

 

To chyba typowo amerykański sposób patrzenia na świat, ale zaczyna zalewać też cały świat. Nie wiem czy takie podejście jest dobre, czy złe. Ale na pewną jest wciągające, uzależniające.

trzydzieści jeden

Mam za sobą kilkudniową podróż i najpierw wytłumaczę co to była za impreza i dlaczego na nią jechałam, bo to jest zdecydowanie ciekawe. W Stanach popularna jest nadal sprzedaż bezpośrednia coś w stylu naszego Oriflame, ale sposób sprzedaży jest inny. A więc przedstawiciele robią coś w rodzaju spotkań towarzyskich, na których przedstawiają i sprzedają swoje produkty. Osoba organizująca spotkanie zawsze dostaje jakieś większy prezent, a wszyscy uczestniczy jakieś drobne gratisy, bo zawsze to jest coś w rodzaju zabawy czy loterii, np. bingo i można coś wygrać. Byłam na kilku takich pokazach. Zawsze mnie ktoś prosił, bo żeby otrzymać większy prezent to trzeba zwołać przynajmniej ok. 5 osób.  Czasami produkty są żenujące, czasami dziwne, zdarzają się też niezłe. Na pokazie firmy kosmetycznej zaznaczyłam na początku, że jestem alergikiem i prawie miałam spokój, bo Pani miała tylko dwa produkty dla alergików.

 Moja portrorykańska koleżanka, która zrezygnowała z prawdziwej pracy jak urodziły jej się dzieci, żeby mieć dla nich czas, zaczęła sprzedawać produkty firmy „trzydzieści jeden”. Tak nie pomyliłam się taka jest nazwa firmy. Firma produkuje torby, w większości materiałowe, wszelkiego rodzaju, torby termiczne, lunchowe, kosmetyczki, wkłady to torebek, że nie przekładać całej zawartości tylko złapać cały wkład. Generalnie rzeczy, które mają nam ułatwić życie. Ważnym założeniem firmy jest też to, że każdy produkt może być personalizowany. Mogę sobie zamówić torebkę i napisać na niej AGA, ale Agnieszka już nie, bo za dużo znaków. Ceny toreb są dość wysokie, a po dodaniu personalizacji już naprawdę zdecydowanie przesadzone, szczególnie jak zwrócimy uwagę na stosunek ceny do jakości. Ale ponoć w Ameryce można sprzedać wszystko i jak się okazuje jest to chyba prawda.

 

No więc moja koleżanka planowała 4 dniowy wyjazd na coroczną konwencję i zaproponowała, że zabierze mnie jako gościa. Wyjazd? Ja? Zawsze. Nie trzeba nawet pytać. Ja zadałam kilka pytań o konwencję. No więc uwaga zlot 9000 bab, które mają się ubrać na różowo. Jakiś procent facetów też będzie, bo niektóre przyjeżdżają z mężami, którzy bez wyjątku nazywani są HOT, czyli Husband of Thirty One.

Plan zakładał, że wyjedziemy w środę koło południa, dojedziemy do Louisville po 5 godzinach, prześpimy się w prawdziwie amerykańskim domu jej koleżanki i następnego dnie 3 godzinna podróż do Columbus w stanie Ohio. Dobry plan.

Pobyt w Columbus rozpoczęłyśmy od zameldowania się w hotelu, który był przygotowany na przyjęcie gości konferencji. Muszę przyznać, że to pierwsza impreza, na której byłam tutaj, która była przygotowana bez zarzutu i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Wzięłyśmy udział w zorganizowanym zwiedzaniu centrum dystrybucyjnego firmy, w którym pokazana była nowa kolekcja jesienna. Widziałam biuro szefowej -założycielki, całą linię produkcyjną, uśmiechniętych pracowników, którzy dość często dziękowali paniom zwiedzającym, że dzięki nim mają pracę. Coś naprawdę niesamowitego. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Oczywiście uczestniczki wycieczki były nastawione na maxa entuzjastycznie, co chwilę biły brawo, śmiały się w głos i wydawały okrzyki zadowolenia. Nie wierzę i nie mogę się doczekać, jak będzie wyglądała wieczorna impreza, ale o tym w następnym odcinku. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam.