Posts in Category: Moja Ameryka

raju cd

Ciąg dalszy błękitnego nieba i turkusowej wody, która ma tak intensywny kolor, że aż wygląda to trochę kiczowato.

 Przystanek trzeci – Belize City. Ogólnie dzień na plus, niestety bieda panująca w tym cudownym zakątku świata bije po oczach. Ktoś tu na pewno zarabia pieniądze na turystach, ale nie mieszkańcy. Jako jedne z nielicznych wyszłyśmy z portu na piechotę, nie dałyśmy się namówić na zakup dodatkowej wycieczki, wzięcie taksówki i tym podobne oferty. Przechadzka po mieście ciekawa, ale smutna. Piłyśmy wodę ze świeżego kokosa sprzedawanego na chodniku. Znalazłyśmy lokalne lody, niestety nienajlepszej jakości i wróciłyśmy do portu. Plusem tego dnia było to, że cruise cumował dość daleko od brzegu i wożone byłyśmy na ląd mniejszymi łodziami. Amelce i mi bardzo spodobała się ta dodatkowa atrakcja i postanowiłyśmy skorzystać z niej więcej niż jeden raz. Po pierwszej wyprawie zostawiłyśmy Tosię w klubie nastolatka na statku i udałyśmy się w kolejną podróż bez celu.

Kolejny ląd, to mała wyspa, jak z folderu reklamowego Karaibów -Harvest Caye. Tutaj spędziłyśmy cały dzień przemieszczając się pomiędzy morzem, leżakiem, palmą i basenem, Tosia tylko pomiędzy jedną a drugą wodą, nie marnowała czasu na nic innego. Ja oczywiście nie dałam radę usiedzieć na miejscu i postanowiłam pospacerować, wyspa okazała się naprawdę mała, bo obejście jej nie zajęło mi dłużej niż pół godziny, po drodze mogłam nacieszyć oko niesamowitą tropikalną roślinnością. Nie mogłyśmy oprzeć się lokalnemu jedzeniu i odwiedziłyśmy małą knajpkę z menu typu: ryba – jaką akurat udało nam się łapać i cudownymi kolorowymi drinkami (dla dziewczyn była wersja bezalkoholowa). To był dzień na zresetowanie wszystkich stresów.

Nasz ostatni dzień Karaibach to Costa Maya i tutaj naprawdę żałowałam, że nie mamy trochę więcej czasu, żeby poznać kulturę i architekturę Majów, ale znów były piękne kolory cudowne, soki, owoce i szum fal.

Cała ta kraina to jak wieczne połączenie wiosny z latem. Cudowne, świeże, intensywne kolory i słońce. Bardzo chciałbym tu jeszcze wrócić.

wyprawa do raju

Aby uczcić ferie wiosenne wybrałyśmy się na leniwe poszukiwanie lata, znalazłyśmy je, i to jakie, pełne smaków, kolorów i słońca.

Zdecydowałyśmy się na naszą pierwsza w życiu wyprawę cruisem i uważamy ją za bardzo udaną. To trochę ja pobyt w magicznej krainie, codziennie budziłyśmy się w nowym kolorowym porcie. Jedzenie pojawiało się jak na „stoliczku nakryj się”. Oczywiście było trochę minusów, ale one są wszędzie i nie warto o nich nawet wspominać, bo plusów znacznie więcej. Ominęła nas choroba morska co uważam za duży plus. Na statku można było dobrze się bawić, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. My wybrałyśmy się na pokaz magika (marzenie Amelki, nawet udało jej się wystąpić na scenie) obejrzałyśmy musical (moje ulubione, poziom zarówno muzyczny jak i cała oprawa naprawdę niesamowite), stand-up (Tosia nie złapała żadnego żartu, ale było to kolejne z marzeń Amelki), ale też znalazłyśmy spokojne miejsca, żeby poczytać książkę z widokiem na morze, dziewczyny raczej grały w różne gry z widokiem na morze.

Pierwszy dzień spędziłyśmy w Nowym Orleanie, popołudniu statek zaczął przemierzać rzekę Missisipi, a poranek zastał nas na lazurowych wodach w cudnym słońcu. Cały kolejny dzień spędziłyśmy na morzu. Odkrywałyśmy wszystkie zakamarki statku, przemierzyłyśmy dziesiątki kilometrów i cieszyłyśmy się pogodą. Tosia szalała na basenie, zjeżdżalniach, próbowała wspinać się na ściankę, zahaczyła o mini golfa, a Amelia prawie cały dzień uparcie próbowała łapać słońce, z przerwami na posiłki. A posiłki były nie lada. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego poziomu jedzenia. W cenie naszego rejsu miałyśmy bufet czynny całą dobę (typowo amerykańskie – dostęp do jedzenia bez ograniczenia jest najważniejszy), który nie był zły, bo można było znaleźć cały czas świeże owoce i warzywa, a posiłki przygotowywane były w małych ilościach i dokładane w razie potrzeby, ale nas zachwyciły restauracje, których też kilka miałyśmy w cenie. Poziom jedzenia i obsługi jak w dobrych restauracjach w Memphis, szczególnie desery powalały nas na łopatki. Pyyyychotka.

Kolejny poranek zastał nas w Meksyku na wyspie Cozumel. Już przed wyjazdem postanowiłam, że będziemy po prostu odpoczywały bez gonienia za atrakcjami typu parki wodne, paralotnie, parki linowe itp. Więc zamiast kupić wycieczkę fakultatywną jak większość ludzi na statku, wybrałyśmy się na spacer po mieście, promenadą wzdłuż Morza Karaibskiego. Nie obeszło się bez odwiedzin w kilku sklepach, ale starałyśmy się wybierać te w bocznych uliczkach albo daleko od portu. Powaliły nas cudowne kolory, można nawet było znaleźć trochę wyrobów meksykańskich, a nie wszystko Made in China. Na Cozumel wypiłam najlepszy sok z mango i papai w życiu i wyśmienitą kawę. Miasteczko San Miguel jest bardzo czyste, zielone, kwitnące cudownymi kwiatami i pełne przemiłych ludzi. Zdecydowanie polecam. Mam nadzieję, że jeszcze uda nam się tutaj wrócić.

 Cdn.

 

gotowa na wiosne

Gotowa na wiosnę zamierzam napisać trochę o zimie, której generalnie nie lubię, ale czasami daję jej szansę.  Aby sprawić dziewczynom radochę pojechaliśmy odkrywać kolejne ciekawe i niecodzienne miejsca. Jest taki hotel w Nashville, który w zimie zamienia się w świąteczną krainę. Cały obiekt sam w sobie jest niesamowity, pod pięknym przezroczystym dachem znajduje się bajkowe miasteczko z rzeką, egzotycznymi kwiatami, statkami sklepami, restauracjami i wszystkim innym co tylko można wymyśleć. Oczywiście jak dla mnie trochę za dużo ludzi i trochę za bardzo wszystko komercyjne, ale dziewczyny miały ubaw po pachy, no dobra ja trochę też.

Zjeżdżanie na oponach po lodzie było czadowe, czułam się jak dziecko. W zwiedzaniu wystawy rzeźb lodowych przeszkadzał nam trochę arktyczny mróz panujący w pomieszczeniu, ale wszyscy odstrojeni zostaliśmy w dobrze komponujące się z lodem niebieskie płaszczyki i zdołałyśmy przeżyć. Warto było, bo uśmiech na Tosi paszczy – bezcenny.

Jako kolejną zimową atrakcję moje córki wymyśliły sobie park rozrywki. Wszelkie próby perswazji, że zima i karuzele, czy pędzące kolejki to nie jest dobry duet, spełzły na niczym. Dziewczyny stwierdziły, że zero stopni na zewnątrz nie będzie im przeszkadzało w dobrej zabawie. Ja nie czułam się na siłach stawić temu czoła. Arek był odważniejszy. Moja zwariowana rodzina twierdzi nadal, że było świetnie, natomiast na wszytych zdjęciach widać przerażająco czerwone nosy. Zdecydowali, że aby porządnie wykorzystać pobyt w St. Luis do którego udali się w poszukiwaniu silnych wrażeń, następnego dnia wybiorą się do Centrum Naukowego. Atrakcja tym razem pod dachem okazała się również strzałem w dziesiątkę. Dzieci wyszalane, może będzie trochę spokoju.

No więc na koniec starzy też wybrali się na imprezę do Charliego w krainie czekolady. Miało być słodko i cukierkowo więc poszliśmy na całość Siara obwieszony cukierkami a ja z wisienką na ….

wyjątkowe miejsce

Jestem z powrotem. Bardzo tęskniłam za wami i za pisaniem. Niestety codzienność zabierała mi każdą chwilkę, no prawie każdą, ale to wolną wolałam spędzić z dala od komputera, ponieważ zdecydowanie za dużo czasu spędzałam gapiąc się w ekran. Powód był taki, że szukałam pracy. Pracowałam wprawdzie od sierpnia, ale na część etatu i chciałam znaleźć coś bardziej ekscytującego, a szukanie pracy tutaj to jest straszne, długotrwałe i wyczerpujące zajęcie. Jak ktoś będzie zainteresowany, dlaczego i jakie są różnice to dajcie znać, może kiedyś napiszę. Na razie jest przeżycie zdecydowanie traumatyczne, więc próbuję o nim zapomnieć, ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj o ważnym miejscu i ważnym wydarzeniu.

 

W Memphis znajduje się bardzo wyjątkowy szpital dziecięcy, założony przez aktora Dannego Thomas, do którego przyjmowane są tylko bardzo chore dzieci, ale za to z całego świata i leczone są za darmo. Szpital pokrywa wszystkie koszty. Znam kilka osób, które przeprowadziły się z chorymi dziećmi do Memphis, żeby być bliżej tego szpitala. Mieliśmy okazję zwiedzić go wiosną. Pracuje tam jeden z naszych znajomych, jest naukowcem, który pomaga znaleźć przyczyny i sposoby leczenia wszystkich strasznych chorób. Szpital składa się z wielu budynków, z których tylko jeden jest szpitalem, pozostałe to baza badawcza, olbrzymi zespół pozyskujący środki finansowe i kilka hotelików, dla rodzin, których dzieci są leczone, ale nie wymagają codziennej hospitalizacji. Jest tam też centrum dla zwiedzających, gdzie można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Widać tam twarze znanych aktorów, którzy pomagają gromadzić środki, można dowiedzieć się, że w szpitalu pracuje laureat nagrody Nobla, że wiele z chorób jeszcze niedawno była praktycznie nieuleczalna, teraz dzięki pracy tych ludzi jest uleczalna prawie w 100 %.

Środki na utrzymanie całej bazy są zbierane na sto różnych sposobów, między innymi poprzez organizowanie różnych imprez, najważniejsza z nich to impreza biegowa organizowana co roku na początku grudnia w Memphis. Bierze w nich udział ponad 40 tysięcy osób, a łącznie z kibicującymi ponad 70 tysięcy. Oczywiście najważniejszy bieg to maraton, który jest bardzo ciężki, ale daje wiele satysfakcji, bo biegnie między innymi, przez teren szpitala i kibicami tam są chore dzieci, które w ten sposób dziękują za wsparcie. W tym roku mój mąż postanowił zawalczyć i muszę przyznać, że go podziwiam, bo ja nie byłabym w stanie tego zrobić, ale za to my z dziewczynami dzielnie kibicowałyśmy. Jeździłyśmy po całym Memphis, żeby podtrzymywać Siarę na duchu i udało mu się. Dał radę, szaleństwo jakieś, ale cel bardzo zacny.

świecimy w ciemnosci

Okazuje się, że nie trzeba dużo, żeby się świetnie bawić. Wystarczy fajny pomysł, a że ten wydał nam się ciekawy postanowiłyśmy spróbować. Wybrałyśmy się na wieczorną zabawę w Ogrodzie Botanicznym pod hasłem świecimy w ciemności.

Jedną z atrakcji był pokaz tańca ze świecącymi hula hop. Oczywiście wszyscy musieliśmy spróbować.

Kilku pasjonatów co roku organizuje imprezę, podczas której dzieciaki mogą bawić się na świeżym powietrzu, ale również trochę się dowiedzieć o wszystkim co związane z luminescencją. No i okazało się, że dorośli też nie wiedzą wszystkiego, kilka rzeczy było naprawdę nowych dla mnie.

Wysłuchałyśmy ciekawej opowieści o fluorescencyjnym planktonie. Mogłyśmy go oczywiście też zobaczyć, ale myślę, że wrażenie robi dopiero w dużych ilościach.

Super ciekawe były też fluorescencyjne kamienie. Okazuje się, że można znaleźć ich naprawdę sporo, niektóre świeciły same z siebie, a niektóre dopiero w świetle ultrafioletowym. Niesamowite było zobaczyć jak z szare bryłki przeistoczyły się w wielobarwne, świecące, niektóre nawet zmieniają kolory.

Pod koniec wieczoru to my byłyśmy szarymi kamyczkami, które zamieniły się w świecące szaleństwo.

Tak mi się podobało, że po powrocie do domu nie miałam ochoty tego zmywać. Jak myślicie? Dostanę rolę  w Avatarze?

w rytmie tanga

Wybraliśmy się rodzinnie na mecz Footballu Amerykańskiego do Amelii szkoły. Jak już kilka razy pisałam, ale cały czas mnie to zaskakuje, jak wyglądają boiska przy niektórych szkołach. Jak wypasione boisko ligowe w Polsce.  Może trybuny są trochę mniejsze, ale reszta niesamowicie profesjonalna, oświetlenie, telebimy, zaplecze. Niestety sama gra do mnie nie przemówiła. Chłopaki biegali, publiczność czasami bila brawo i cieszyła się, więc zakładałam, że wydarzyło się coś dobrego, ale ja reguł nie łapię nadal. Nasi wygrali do zera więc radość była wielka

Podczas wieczoru mecz jest ważny, ale chyba nie najważniejszy. Wszystko co dzieje się dookoła jest niesamowici kolorowe i energetyczne. Grze towarzyszyły trzy zespoły cheerleaderek które prześcigały się dopingowaniu po każdym zdobytym punkcie. Grupka chłopaków bez koszulek przebiegał z flagami przy uciesze gawiedzi i cała orkiestra przed i po swoim występie grała, śpiewała i tańczyła.

Ale tego wieczoru najważniejsza dla nas była Amelia, która w tym roku dołączyła do Color Guard. W jej High School jest bardzo duża i silna orkiestra, której towarzyszy właśnie Color Guard czyli tancerki, machacze flagami i rzucacze czym popadnie. Każdy występ to prawdziwe widowisko, w tym roku motywem przewodnim jest tango. Piękne stroje i ciekawa choreografia. Ponad 300 osób w orkiestrze i 23 w Color Guard. Nasze dziecko dołączyło jako ostatnie, ale dała radę. Wszystko wyszło super. Amelia została okrzyknięta przez trenerki tancerką tygodnia.

Dumni rodzice mają uśmiechnięte twarze przez cały weekend.

 

 

oczarowana

Czuję się oczarowana. W ramach poszerzania horyzontów wybrałyśmy się z dziewczynami (Arek odwiedza Polskę) na balet, na Piotrusia Pana. Nie wiedziałam czego się spodziewać, bo to nasz pierwszy raz. Najpierw zachwyciło nas miejsce. Orpheum Theatre, wygląda jak teatr z poprzedniej epoki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Piękny wystrój wnętrz wprowadził nas w wyjątkowy nastrój. Balet poprzedzony został krótkim filmem pokazującym przygotowania do spektaklu i zapowiadało się nieźle, bo podziewałam się prostej scenografii, a dostałam coś dokładnie przeciwnego. Scena wyglądała bajkowo, postacie w cudownych strojach latały pod niebo i tańczyły cudownie. Nie myślałam, że to będzie tak duża produkcja, momentami na scenie było ponad 15 tańczących osób.

Najbardziej chyba spodobał mi się dzwoneczek, postać zagrana była genialnie, każdy foch tego cudownego stworzenia wywoływał śmiech i oklaski. Fajnie czasami znaleźć się w bajce. Przy wyjściu spotkała nas kolejna niespodzianka, w holu teatru spotkaliśmy odtwórców głównych ról, każdy mógł sobie zrobić z nimi zdjęcie, było to naprawdę bardzo miłe. Fajne zakończenie wyjątkowego wydarzenia.

 

A wiecie co było dodatkowo dobre, że było to wyjście na próbę, więc nie chciałam kupować drogich biletów i kupiłam najtańsze, po 10 dolarów od głowy, ale okazało się że balkon jest tak skonstruowany że było naprawdę dobrze wszystko widać, więc miałyśmy fajne wyjście w super cenie.

 Po drodze do auta nadal byłyśmy w kolorowych nastrojach.

prawie wielkanoc

Mmmm jak ja uwielbiam wiosnę. To jest moja ulubiona pora roku. Ostatnio przeczytałam, że wiosna jest kusząca i zdecydowanie się z tym zgadzam. Wiosna kusi nas kolorami, kwiatami i słońcem. W Stanach Święta Wielkanocne przypominają bardziej radowanie się z początku wiosny niż święto religijne. Wprawdzie świętuje się w piątek, sobotę i niedzielę, czyli zgodnie z ważnymi wydarzeniami w kościele katolickim, a poniedziałek jest już zupełnie zwykłym dnie. Ale trudno dopatrzyć się prawdziwych symboli świąt, nie widać tłumów z palmami w niedzielę i koszyczkami ze święconką w sobotę. Dziewczyny oczywiście tęsknią najbardziej za lanym poniedziałkiem, bo była to zawsze szansa, żeby trochę poszaleć. Jak było zimno to rujnowały dom, a jak ciepło, albo prawie ciepło to wariowały na dworze, a tutaj zamiast szaleć muszą ubrać się w mundurki i maszerować do szkoły.

 

W Stanach najważniejszym wydarzeniem przed Świętami są polowania na jajka, które są organizowane przez wszystkie instytucje jakie przychodzą wam do głowy. Dzieciaki biegają po parkach, skwerach, ogrodach i raczej zbierają niż szukają kolorowych plastikowych jajek wypełnionych słodyczami. Jest to dość łatwe do wykonania nawet w domu, bo w każdym sklepie można za grosze kupić te plastikowe jajka do wypełnienia czym kto sobie życzy.

Sprawdzałam, czy Amerykanie mają jakieś specjalne dania świąteczno-wielkanocne i okazuje się, że nie. Nie jedzą też śniadania wielkanocnego w naszym wydaniu, tylko bardziej uroczysty (albo i nie) obiad. Nie wiedzą co tracą. Moja rodzina już od tygodnia wylicza co będzie jadła na wielkanocne śniadanie, nie może zabraknąć żadnego elementu, który zawsze był na polskim stole. A więc, oczywiście będą jajka nadziewane, sałatka warzywna, szyneczka (niestety tym razem ze sklepu, a nie wędzona przez dziadka), pieczarki faszerowane jajkiem i serem żółtym, panierowane i smażone, no i oczywiście ćwikła z chrzanem, z którym będzie najwięcej problemu. Pewnie będziemy też się bili, czy robimy babkę i mazurek, sernik i mazurek czy babkę i sernik. Jak przeżyjemy polowanie i walkę o ciasta to skończymy jak wszyscy Polacy z wypchanymi do granic możliwości żołądkami i wyrazem zadowolenie na twarzach. Mam nadzieję, że pogoda będzie łaskawa na tyle, że będzie można to wszystko wybiegać albo wyspacerować, a jak nie to nie i też będzie dobrze.

 

autem po plaży

Przemieszczamy się, ale w dalszym ciągu nie opuszczamy Teksasu, tym razem odkrywamy wybrzeże. Wjazd do miasta o nazwie Corpus Christi jest dość przerażający, ponieważ otaczają nas same rafinerie jak okiem sięgnąć, dziwne dla nas jest to, że to wszystko firmy prywatne. Patrząc na skalę wyobrażam sobie fortuny właścicieli.

Ale my uciekamy nad morze. Władze chyba starają się nie dopuścić do dewastacji wybrzeża, bo prawie całe to park pod chronioną min. ze względu na żółwie i ptaki. Czyli jest nadzieja, że przemysł nie zabił środowiska.

Mieszkamy prawie nad samym morzem, plaże są szerokie, czyste i prawie puste, ale co jest dla nas zaskakujące można po nich jeździć autem, wprawdzie tylko 15 mil na godzinę, ale pomimo wszystko jest to zaskakujące, kiedy na plaży zamiast znaku zakazu wjazdu napotykamy tylko ograniczenie prędkości.

Z tego co zdążyliśmy zaobserwować ludzie tego nie wykorzystują w zły sposób. Widzieliśmy np. scenkę jak rodzina wjechała busem. Rozstawili boisko do siatkówki plażowej, wyciągnęli grilla, pobawili się, a jak odjechali to pozbierali wszystko grzecznie i nawet ślad po nich nie został.

Oczywiście nie ograniczyliśmy się do jeżdżenia po plaży, ale również przemierzaliśmy ją na własnych nogach, spacerując, biegając, maszerując, ale zawsze przy okazji słuchaliśmy szumu morza, który zawsze jest cudownie odprężający.

Moje dzieci zapowiadały, że bez względu na pogodę wykąpią się w morzu, ale nawet te twardziele poddały się po kilku dniach. Nie omieszkały za to wykorzystać kilku cieplejszych godzin i wskoczyły do basenu, w którym woda na szczęście była podgrzewana, bo inaczej zostałabym posądzona o znęcanie się nad nimi.

jaskinie

Teksas postanowił, że zamrozi nas na śmierć, więc chcąc się przed tym bronić, tym razem uciekliśmy pod ziemię.

Odkryliśmy, że na obrzeżach San Antonio są ciekawe jaskinie, zajechaliśmy na miejsce i wzrokiem szukałam góry, do której będziemy wchodzić, ale okazało się, że góry nie ma, do jaskiń wchodzi się poniżej poziomu gruntu. Zobaczymy. Ciekawostka.

Kupiliśmy nietanie bilety na dwa rodzaje zwiedzania. Miła pani w okienku zapewniła nas, że to będą dwa zupełnie osobne miejsca, więc postanowiliśmy zaryzykować. Pierwsze zwiedzanie mieliśmy dosłownie za chwilę. Zaczęło się krótkim wykładem o historii odkrycia jaskiń i informacją, że pod żadnym pozorem nie można dotykać niczego w jaskiniach. Jest to przestępstwo za jakie idzie się do więzienia. Tak to prawda. Pan wytłumaczył, że jaskinia jest dobrem narodowym, a dotykanie stalaktytów, lub stalagmitów powoduje, że przestają one rosnąć, więc jest to przestępstwo.

Jaskinie okazały się niesamowite. Pierwszym ważnym czynnikiem naszego zachwytu było to, że na dole panowała stała temperatura ok 20 stopni, więc w końcu zrobiło się przyjemnie.

Widoki powalały na kolana i otwierały nam paszcze. Chodziliśmy więc z rozdziawionymi otworami gębowymi i podziwialiśmy niesamowite twory w niesamowitych kolorach.

Przerwę między jednym, a drugim zwiedzaniem spędziliśmy w ciepłym sklepiku z pamiątkami, które prezentowały się bardzo ciekawie, ale miały zdecydowanie nieciekawe ceny.

Na miejsce zbiórki zgłosiliśmy się z lekkim ociąganiem, bo temperatura na zewnątrz dalej nie zachwycała.

Nasza druga wycieczka okazała się jeszcze bardziej interesująca od pierwszej, bo tym razem zeszliśmy aż ponad 54 metry po ziemię. Schodząc krętymi schodami oglądaliśmy takie cuda, że nie myślałam nawet, że trzeba będzie wejść z powrotem pod górę.

W tym wyjątkowym miejscu, oprócz najbardziej znanych formacji skalnych można było zobaczyć te zupełnie wyjątkowe. Jedne z nich nazywały się wstążki, a inne słomki i oczywiście swoje nazwy wzięły od tego jak wyglądały. Tyma razem schodząc prawie ocieraliśmy się o skały, a wstążki wydawały się miękkie w dotyku, więc naprawdę z trudem powstrzymałam się, żeby ich nie dotknąć. Słomki były natomiast cienkie jak słomki i naprawdę puste w środku. Natura jest niesamowita.

Największa atrakcja czekała na nas na samym końcu. Doszliśmy do miejsca, w którym kończyła się przygotowana trasa, przed nami była już tylko ciemność lekko rozświetlona, znajdującymi się koło nas światełkami. Przed samą barierką znajdowało się kilka ławek, pan przewodnik poprosił nas żebyśmy usiedli i przygotowali się na wyłączenie świateł. W miejscu, w którym się znajdowaliśmy nie było żadnego naturalnego źródła światła. Po wyłączeniu sztucznego było naprawdę niesamowicie. Można było przyłożyć sobie rękę do samego nosa i ręki naprawdę nie było widać. Ponoć na świecie takie miejsca z naturalnym brakiem światła można znaleźć tylko w nielicznych jaskiniach i głębinach morza.

Absencja światła. Niesamowite doświadczenie. Powiało grozą.