Posts Tagged: #fun

jaskinie

Teksas postanowił, że zamrozi nas na śmierć, więc chcąc się przed tym bronić, tym razem uciekliśmy pod ziemię.

Odkryliśmy, że na obrzeżach San Antonio są ciekawe jaskinie, zajechaliśmy na miejsce i wzrokiem szukałam góry, do której będziemy wchodzić, ale okazało się, że góry nie ma, do jaskiń wchodzi się poniżej poziomu gruntu. Zobaczymy. Ciekawostka.

Kupiliśmy nietanie bilety na dwa rodzaje zwiedzania. Miła pani w okienku zapewniła nas, że to będą dwa zupełnie osobne miejsca, więc postanowiliśmy zaryzykować. Pierwsze zwiedzanie mieliśmy dosłownie za chwilę. Zaczęło się krótkim wykładem o historii odkrycia jaskiń i informacją, że pod żadnym pozorem nie można dotykać niczego w jaskiniach. Jest to przestępstwo za jakie idzie się do więzienia. Tak to prawda. Pan wytłumaczył, że jaskinia jest dobrem narodowym, a dotykanie stalaktytów, lub stalagmitów powoduje, że przestają one rosnąć, więc jest to przestępstwo.

Jaskinie okazały się niesamowite. Pierwszym ważnym czynnikiem naszego zachwytu było to, że na dole panowała stała temperatura ok 20 stopni, więc w końcu zrobiło się przyjemnie.

Widoki powalały na kolana i otwierały nam paszcze. Chodziliśmy więc z rozdziawionymi otworami gębowymi i podziwialiśmy niesamowite twory w niesamowitych kolorach.

Przerwę między jednym, a drugim zwiedzaniem spędziliśmy w ciepłym sklepiku z pamiątkami, które prezentowały się bardzo ciekawie, ale miały zdecydowanie nieciekawe ceny.

Na miejsce zbiórki zgłosiliśmy się z lekkim ociąganiem, bo temperatura na zewnątrz dalej nie zachwycała.

Nasza druga wycieczka okazała się jeszcze bardziej interesująca od pierwszej, bo tym razem zeszliśmy aż ponad 54 metry po ziemię. Schodząc krętymi schodami oglądaliśmy takie cuda, że nie myślałam nawet, że trzeba będzie wejść z powrotem pod górę.

W tym wyjątkowym miejscu, oprócz najbardziej znanych formacji skalnych można było zobaczyć te zupełnie wyjątkowe. Jedne z nich nazywały się wstążki, a inne słomki i oczywiście swoje nazwy wzięły od tego jak wyglądały. Tyma razem schodząc prawie ocieraliśmy się o skały, a wstążki wydawały się miękkie w dotyku, więc naprawdę z trudem powstrzymałam się, żeby ich nie dotknąć. Słomki były natomiast cienkie jak słomki i naprawdę puste w środku. Natura jest niesamowita.

Największa atrakcja czekała na nas na samym końcu. Doszliśmy do miejsca, w którym kończyła się przygotowana trasa, przed nami była już tylko ciemność lekko rozświetlona, znajdującymi się koło nas światełkami. Przed samą barierką znajdowało się kilka ławek, pan przewodnik poprosił nas żebyśmy usiedli i przygotowali się na wyłączenie świateł. W miejscu, w którym się znajdowaliśmy nie było żadnego naturalnego źródła światła. Po wyłączeniu sztucznego było naprawdę niesamowicie. Można było przyłożyć sobie rękę do samego nosa i ręki naprawdę nie było widać. Ponoć na świecie takie miejsca z naturalnym brakiem światła można znaleźć tylko w nielicznych jaskiniach i głębinach morza.

Absencja światła. Niesamowite doświadczenie. Powiało grozą.

misje

W ten chłodny pochmurny dzień, zamiast ryczeć nad naszym losem (dlaczego nie jest ciepło???? Co to za jakiś szatański front tutaj przyszedł??? Najstarsi górale nie pamiętają czegoś takiego) wyruszamy na podbój misji.

Oprócz Alamo, (o którym już pisałam) w San Antonio jest ich pięć dawnych klasztorów, do obejrzenia wybieramy te najlepiej zachowane. Pierwsza znajduje się trochę na pustkowiu, jest to dość duży teren więc dzięki temu spacer mamy już zaliczony.

Wszystko jest dosyć klasyczne, zadziwiają nas tylko mieszkania znajdujące się w murze okalającym misję, z zewnątrz mur wydaje się tylko murem, a tu taka niespodzianka, wszystko jest dość proste i puste. Szukamy resztek ogrodów, lub jakichkolwiek oznak czym zajmowali się mnisi, ale okazuje się, że niczym. Tym mocno różnią się od klasztorów europejskich. Na mapie misji widzimy zaznaczone drzewa pod którymi modlili się mnisi, takie pod którymi odpoczywali, ale nic związanego z pracą. Zadziwiające. Druga misja jest mniejsza i położona wśród nowoczesnych budynków więc trudniej poczuć ducha miejsca, ale próbujemy.

 

Natchnieni wyruszamy na dalsze poszukiwania i zatrzymujemy się przy chińskim ogrodzie herbacianym. Na szczęście nie wszystkie rośliny ogarnęły, że jest zima i jest zimno i możemy się trochę pocieszyć oznakami wiosny Nie wiemy do końca czemu on jest herbaciany, ale domyślamy się, że chodzi o to, że w tych pięknych okolicznościach przyro dy można napić się herbaty.

 

Lubię takie zwiedzanie miejsc nieoczywistych i często niespektakularnych, bo zazwyczaj są zdecydowanie bardziej zaskakujące i tajemnicze od hitów przewodnikowych.

el mercado

El Mercado to najbardziej kolorowa część San Antonio. Historycznie pierwszymi osadnikami w Teksasie byli Meksykanie i Hiszpanie i to widać do teraz. Mam wrażenie, że połowa osób mówi po hiszpańsku i ma zdecydowanie latynoskie korzenie. Nie mogło więc zabraknąć w tym mieście miejsca, które tchnie latynoskim rytmem i kolorami. Wszystko to możemy znaleźć w El Mercado, to kawałek ulicy otoczony sklepami z pamiątkami oraz knajpkami z meksykańskimi smakołykami. Kolory prawie oszałamiają, ceny niestety też, czuć, że to bardzo turystyczne miejsce, więc prawie tylko zwiedzamy, wąchamy i słuchamy. Skusiliśmy się jedynie na piękne, ręcznie malowane, ceramiczne podkładki na stół. Każdy może wybrać coś ze swoją osobowością. Arek ma wspinacza górskiego, Tosia swoją wymarzoną pracę, czyli płytka z lekarką, Amelia, nie wiadomo dlaczego wybiera sobie czaszkę, a ja kobietę, która wygląda na najbardziej zwariowaną, nie ma takiej z napisem – szajba. Rodzina sugeruje mi kucharkę, ale nie ze mną takie numery. Kucharzyć uwielbiam, ale jeszcze trochę to nie będzie moim celem życiowym. Bardzo trudno się zaszufladkować w takim kafelku.

magiczne miejsce

To jedno z bardziej niesamowitych miejsc, jakie widziałam w miastach. River walk w San Antonio to miejsce magiczne. Można zwiedzić prawie całe centrum i prawie nie zauważyć go, bo ten cudowny spacerniak, znajduje się sporo poniżej poziomu ulicy. Jest naprawdę dobrze schowany przed światem zewnętrznym i zgiełkiem miasta. Schodząc po schodach na poziom wody, przenosimy się do zupełnie innego świata. Pogoda na szczęście trochę współpracuje i możemy zobaczyć wszystko oświetlone pięknym słońcem, dzięki temu wszystko jest bardziej kolorowe, a rośliny wydają się bardziej egzotyczne. Rzeka o nazwie San Antonio wije się po całym centrum miasta, można podziwiać ją przechadzając się wzdłuż rzeki, płynąc stateczkiem wycieczkowym lub siedząc w jednej z wielu kafejek. W gorące teksańskie lato daje schronienie przed upałem, a zimą można po zmroku podziwiać iluminacje świąteczne.

River walk to ok 24 kilometrów ścieżek i chodników, jest to najdłuższy miejski ekosystem w Stanach, największy to pewnie Central Park, ale to jeszcze przed nami.

 

Kolejnym punktem programu jest wieża widokowa, na szczycie której znajduje się restauracja. Cała górna część się obraca, więc jedząc obiad można podziwiać całą panoramę. Nie dałabym radę jeść i wirować więc to odpuszczamy i tylko podziwiamy widoki. Zewnętrzny taras jest tylko częściowo oszklony i wiatr robi tam co tylko chce. Tosia prawie nam odleciała. Z wieży rozciągają się niesamowite widoki, widać jaki Teksas jest płaski, można podziwiać całe miasto, ale nawet z tego punktu trudno wypatrzeć rzekę. Jest naprawdę dobrze ukryta.

stylowa zabawa

Tym razem naprawdę było szaleństwo. Impreza świąteczna zorganizowana przez Arka firmę miała motyw przewodni – Lata dwudzieste. Musieliśmy trochę pokombinować, ale dzięki mojemu ulubionemu sklepowi, czyli Hobby Lobby (jest to sklep ze wszystkimi pierdołami świata, głównie dla wszystkich rękodzieł) obyło się bez większych kosztów. Liczy się pomysł, a potem można poświęcić trochę czasu na tworzenie dodatków.

Impreza zaczęła się oficjalną przemową, potem był obiad, dwa drinki na głowę gratis, loteria z naprawdę ciekawymi nagrodami i małe kasyno. Każda para dostawała 100 dolarowy żeton i miała spróbować zwiększyć ilość kasy. Niektórym się udało. Zwycięzca miał ponad 2,5 tys. Dolarów. Ja przegrywałam w tempie rekordowym, więc szybko się poddałam, Arek walczył dłużej, ale i tak wrócił z pustymi kieszeniami.

W zeszłym roku byliśmy na tej imprezie dość osamotnieni i w związku z tym trudno było o dobrą zabawę, za to w tym roku już zupełnie inaczej, można się było pośmiać, powspominać.

Oczywiście przy okazji imprezy powspominałam polskie wigilie firmowe. Nie wiem która opcja bardziej mi się podoba, polska, czy amerykańska, obie mają swoje lepsze i gorsze strony, ale zdecydowanie na pewno amerykańskie jedzenie jest zdecydowanie gorsze niż polskie.

a jednak nowe

Weszliśmy w drugi rok naszego pobytu w Stanach. Trochę to dziwne uczucie, bo do tej pory pobyt tu kojarzył nam się z samymi nowościami a teraz ma się coś powtarzać? Dziwne, ale jak się okazuje nie do końca. Bo niby wydarzenia prawie takie same to jednak dla nas inne.

Pierwsze było włączenie światełek w pobliskim Collierville, impreza podobała nam się już w zeszłym roku, więc postanowiliśmy powtórzyć. Ale ten rok był zupełnie inny, byliśmy zdecydowanie lepiej przygotowani wiedzieliśmy, gdzie najlepiej zaparkować, wiedzieliśmy, że trzeba przyjechać trochę wcześniej, żeby nie zabrakło dla nas szalonych okularów i gorącej czekolady z przerażająco słodkimi marshmallow, a najważniejsze było to, że wiedzieliśmy, którędy idzie Mikołaj, więc zajęliśmy pozycje strategiczne i w tym roku Tosia ma zdjęcie z Mikołajem z tego magicznego miejsca.

Drugim takim wydarzeniem była parada świąteczna w Germantown. W zeszłym roku cieszyliśmy się z ładnej pogody i przygotowaliśmy się mentalnie do świąt, a w tym roku braliśmy czynny udział w paradzie. Oczywiście dzięki Tosi, której drużyna biegowa została wytypowana do reprezentowania szkoły, a trener zaprosił też rodziców. Muszę przyznać, że zdecydowanie większym przeżyciem jest maszerowanie wśród tłumu, niż tylko oglądanie. Tosia wzięła o jeszcze bardziej do siebie i stwierdziła, że po roku pobytu w Stanach jest już sławna.

To że naszej starszej córki nie ma na zdjęciach, to nie oznacza, że wypisaliśmy ją z rodziny, ona po prostu w takich banalnych wydarzeniach nie bierze udziału

Party na maxa

No I znów imprezuję nie ja, tylko maja córka.

Jest to jedno z wydarzeń, które bardzo lubię. Na zakończenie sezonu biegowego Tosi, trener ogłosił imprezę. Okazało, że odbywa się ona w domu dziewczynki z drużyny, rodzice zgodzili się na udostępnienie powierzchni (trzeba dodać, że mają powierzchnię wystarczającą do tego). Zrzuciliśmy się na pizzę i jakieś napoje. Pomysł świetny, bo wyszło bardzo oszczędnie, pięć dolarów za osobę.

Dzieciaki najpierw poszalały trochę na dworze, a potem trener ogłosił wręczanie nagród. Świetną informacją było to, że udało mu się namówić władze szkoły, żeby dali fundusze na zrobienie dla każdego dziecka kopii trofeum z najważniejszego wyścigu drużynowego. Do tego dorzucił medale indywidualne, dla dzieciaków z miejscem uzależnionym od wyników.

Po tej uroczystości wszystkie dzieciaki były wniebowzięte i zasiadły do obejrzenia filmu, który przygotował trener. Poskładał fotki i filmiki z całego sezonu i dodał do nich zabawne komentarze. Na koniec wrzucił krótkie wywiady ze wszystkimi dziećmi, które są teraz w piątej klasie i to ich ostatni sezon jesienny w klubie. Muszę przyznać, że dla mnie był to prawdziwy wyciskacz łez, a dla dzieciaków na pewno niezapomniane wspomnienia. Dwugodzinna impreza, w sumie nie dużo, ale jednak bardzo dużo.

IMG_2053 IMG_2054 IMG_2058

z Lincolnem w tle

To jak bardzo kocham moje córki okazuję między innymi tak, że pojechałam z młodszą w listopadzie na północ (nie tak całkiem, ale jednak trochę), żeby mogła się wykazać na biegowych zawodach krajowych. Po 8 godzinach podróży, 5 godzinach w błocie, na wietrze, przy dość niskiej temperaturze, szczęśliwe po osiągnięciach Tosi postanowiłyśmy wykorzystać tą podróż w celach bardziej rozrywko poznawczych.

A podróżowałyśmy tym razem tylko we dwie (no nie do końca jest to prawda, bo nie byłyśmy same, tylko w towarzystwie zaprzyjaźnionej Japońskiej rodziny), Amelka i Arek cieszyli się w domu swobodą, spokojem i ładną pogodą.  A nasza wesoła międzynarodowa ekipa postanowiła, że wracając do domu zboczymy trochę z drogi i zahaczymy o małe miasteczko o nazwie Hodgenville w którym znajduje się jeden z Parków Narodowych obejmujący miejsce urodzenia Abrahama Lincolna.

 Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się, jak są zorganizowane takie miejsca. Prosto, ale interesująco, może bez fajerwerków, ale zawsze ciekawie.

Po obowiązkowej fotce przed bramą parku, tablica poinformowała nas, że zwiedzanie powinniśmy zacząć od centrum informacyjnego, w którym Abraham Lincoln króluje na każdym kroku. Po wejściu dostaliśmy mapki z innymi miejscami związanymi z Lincolnem w Kentucky i zostaliśmy zaproszeni do obejrzenia 15 minutowego filmu o jego życiu tutaj. Byłam trochę wstrząśnięta historią jego życia, w tym pierwszym okresie. Zmaganie się z atakami Indian, walką z niewolnictwem, pogodą i innymi przeciwnościami losu, tym dzikim zakątku w maleńkim domku, w którym zdecydowanie nie chciałabym spędzić zimy, to była na pewno lekcja charakteru.

W centrum można było zobaczyć, jak wyglądało wnętrze domu w tamtych czasach, a zgodnie z informacjami w filmie rodzina Lincolna w tym czasie zaliczali się do klasy średniej, jego ojciec był stolarzem.

Centrum zadbało również o aktywną atrakcję dla dzieci, mogą one układać drewniane domki w stylu Lincolna.

 

Po malutkich zakupach w sklepiku z pamiątkami, zaopatrzeni w kolejne mapy z innymi atrakcjami w Kentucky idziemy zobaczyć Memorial Building, do którego prowadzi 56 stopni, symbolizujących lata życia Lincolna, ale teraz odbywa się częściowy remont, więc idziemy inną drogą, długą drewnianą alejką dla niepełnosprawnych. Dochodzimy do kamiennego budynku, którego wnętrze kryje dom Lincolna. Tabliczka głosi jednak, że może to nie być oryginalny dom jego rodziny, tylko taki sam, zbudowany kilka lat później, ale i tak wrażenie jest duże. Cały czas myślę o tym w jakich warunkach żył jeden z większych prezydentów Stanów Zjednoczonych. I co w tym czasie działo się w Europie, różnica była niesamowita.

Na zakończenie rozgrzewka polegająca na wyścigach schodami w górę i prawie mogę zdjąć szalik, pomimo nieprzyjemnej prawie północnej pogody.

Uważam wycieczkę za bardzo udaną a przy okazji na prawdę pouczającą.

Halloween

Pierwszy Halloween za nami. Muszę przyznać, że oczekiwałam po nim dość sporo. Szaleństwo w sklepach zaczęło się bardzo dawno, można było kupić miliony ozdób domowych, rzutniki do wyświetlania przerażających rzeczy na domach oraz setki najprzeróżniejszych kostiumów.

Pierwsza rzecz, która dość mocno mnie zdziwiła, to że świętowanie to nie tylko jeden dzień, równie ważne były imprezy organizowane w weekend przed Halloween. Były to albo imprezy przebierane, ale w stylu meksykańskim, czyli ubranie białe, czarne, lub mieszane i ewentualnie dość charakterystyczny makijaż

My nie imprezowaliśmy nie za dużo, w niedzielę spotkaliśmy się z kilkoma znajomymi przed ich domem, dzieciaki trochę poszalały, a my pełen luzik.

Na halloweenowy wieczór umówiliśmy się na chodzenie po zmroku dość dużą grupą znajomych. Przyznaję, że było bardzo fajnie spacerowaliśmy po okolicy, dzieciaki biegały od domu do domu. Ale nie wszystkie domy brały udział w zabawie i to też mnie zdziwiło. Żeby dostać cukierki trzeba było szukać domów, które nosiły oznaki świętowania. Dzieciaki wypatrywały więc dyń, kościotrupów, pająków. Niektóre domy były na prawdę niesamowicie przygotowane, spotkaliśmy wiedźmę siedzącą przed domem w obłokach dymu, przed jednym domem paliły się ogniska, czasami mieliśmy wrażenie, że chodzimy po cmentarzu.

Ogólnie oceniam wieczór na bardzo udany. Miły spacer w miłym towarzystwie. Tosia wróciła z pełnym wiaderkiem słodyczy i teraz będzie problem, żeby ją pilnować, żeby nie zjadła wszystkiego na raz, bo padnie z nadmiaru cukru.

Falcons czyli sokoły

Siedzą we mnie takie emocje, że mam ochotę zacząć od końca, ale spróbuję jednak od początku. Moja młodsza córka dziesięcioletnia Tosia postanowiła wypróbować swoich sił w bieganiu i jeszcze w czasie wakacji chodziła na treningi przygotowawcze, żeby wziąć udział w eliminacjach do drużyny, zwanej Falcons czyli sokoły. Konkurencja była duża i trudna, bo brały w niej udział również dzieci które biegały cały poprzedni sezon. Do przebiegnięcia były 2 mile, do drużyny kwalifikowała się najlepsza piętnastka dziewczyn i chłopców.  Udało się Tosia była 14.

No i zaczęło się. Cztery razy w tygodniu treningi, a po miesiącu w każdy poniedziałek po szkole wyścig. Wyścigi nazywają się Cross Country, dzieciaki biegają 1 milę w terenie, po trawie, często pod górkę, często w temperaturze 30 stopni. Każdy wyścig był punktowany i kwalifikował dzieciaki do następnego etapu, czyli zawodów regionalnych. Każdy wyścig to było duże wydarzenie, były 4 kategorie biegaczy i w każdej ok. 250 osób. Organizacja musiała być naprawdę sprawna, żeby to wszystko ogarnąć.

Wyniki Tosi z wyścigu na wyścig były coraz lepsze. Trener stał się najważniejszym człowiekiem na ziemi. Drużyna radzi sobie super. Mają swoje przywitanie, zawołania, tajne kody, tajne narady. Szał w trampkach.

 Oczywiście wszystkie dzieci mają jednakowe stroje, plecaki, butelki. Rodzice też się załapali na koszulki, żeby lepiej kibicować.

Aby integracja była jeszcze większa i żeby dzieciaki zdobywały jak największe doświadczenie trener z pomocą rodziców zorganizowała bieg na dwie mile na terenie szkoły. Wyścig był dla dzieciaków ze wszystkich podstawówek z naszego miasteczka. Poświęcenie duże, bo bieg kończył się po zmroku, ale radość też duża, bo dziewczyny zajęły pierwsze miejsce, chłopcy drugie. Na zakończenie dzieciaki piły toast z wygranego pucharu.

 

W tak zwanym międzyczasie pomimo braku wiary w siebie Tosia przebiegła pierwszy wyścig, na 5 kilometrów i to chyba dodało jej skrzydeł. W wyścigu tym wzięła udział prawie cała moja rodzina, ja zostałam, żeby robić zdjęcia.

 

Następny wyścig drużynowy był genialny i dał dziewczynom awans do zawodów stanowych z pierwszego miejsca.  Tosia jak zaczęła treningi to charczała po 400 metrach, pierwszy bieg w wyścigu to rezultat 7.47, a jak zaczęła wierzyć w siebie to pobiegła 6.59. To było coś niesamowitego. Ona ryczała na mecie i ja też.

 A teraz zaczyna się ekstraklasa.

Do drużyny podstawowej zwanej Varsity Team na zawody stanowe dostało się 10 najlepszych dziewczyn i 10 najlepszych chłopców, dodatkowo startowała drużyna mieszana zwana Junior Varsity Team. Tosia jest dziesiąta w złotej dziesiątce, to jest niesamowite, biega 3,5 miesiące i będzie reprezentowała szkołę w zawodach tej rangi. Zawody są w Knoxville, 6 godzin od nas. Dzieciaki jada autobusem, na który udało nam się zebrać pieniądze. Organizowaliśmy min. imprezę dla całej szkoły. Trener jest już od kilku lat nadwornym dj, rodzice zorganizowali resztę. Zabawa była przednia. Najbardziej podobała mi się atrakcja polegająca na przyklejaniu nauczycieli do ściany. Niezłe??? W tym roku udało się, po odsunięciu ławki, na której stały nauczycielki, pozostały one niewzruszone na swoich miejscach.

 

 

Wracając do tematu głównego Pogoda w dzień wyścigów stanowych była szalona, rano 12 stopni a w południe 30 i pełne słońce. Ale pomimo tego dzieciaki pokazały co potrafią.

W konkurencji głównej biegły 297 dziewczynki i muszę przyznać, że to co zobaczyłam było oszałamiające. Wszystkie były niesamowite, te zawody zdecydowanie różniły się od poprzednich, bo poziom wszystkich był bardzo wyrównany. Emocje były tak wielkie, że próba nagrania filmu przeze mnie skończyła się fiaskiem, miałam trawę, niebo i czasami nogi. Tosia była 9 w swojej drużynie, udało jej się połknąć jedną dziewczynę. Drużyna dziewczyn skończyła zawody na 2 miejscu, a chłopców na 4, to znaczy, że obie drużyny jadą na Zawody Krajowe i to już jest prawdziwe szaleństwo, nie mogę w to uwierzyć, że za miesiąc moje dziecko zmierzy się z najlepszymi biegaczami szkół podstawowych w całych Stanach. Będę potrzebowała waleriany.