Archiwum: #wyprawyzesmakiem

misje

W ten chłodny pochmurny dzień, zamiast ryczeć nad naszym losem (dlaczego nie jest ciepło???? Co to za jakiś szatański front tutaj przyszedł??? Najstarsi górale nie pamiętają czegoś takiego) wyruszamy na podbój misji.

Oprócz Alamo, (o którym już pisałam) w San Antonio jest ich pięć dawnych klasztorów, do obejrzenia wybieramy te najlepiej zachowane. Pierwsza znajduje się trochę na pustkowiu, jest to dość duży teren więc dzięki temu spacer mamy już zaliczony.

Wszystko jest dosyć klasyczne, zadziwiają nas tylko mieszkania znajdujące się w murze okalającym misję, z zewnątrz mur wydaje się tylko murem, a tu taka niespodzianka, wszystko jest dość proste i puste. Szukamy resztek ogrodów, lub jakichkolwiek oznak czym zajmowali się mnisi, ale okazuje się, że niczym. Tym mocno różnią się od klasztorów europejskich. Na mapie misji widzimy zaznaczone drzewa pod którymi modlili się mnisi, takie pod którymi odpoczywali, ale nic związanego z pracą. Zadziwiające. Druga misja jest mniejsza i położona wśród nowoczesnych budynków więc trudniej poczuć ducha miejsca, ale próbujemy.

 

Natchnieni wyruszamy na dalsze poszukiwania i zatrzymujemy się przy chińskim ogrodzie herbacianym. Na szczęście nie wszystkie rośliny ogarnęły, że jest zima i jest zimno i możemy się trochę pocieszyć oznakami wiosny Nie wiemy do końca czemu on jest herbaciany, ale domyślamy się, że chodzi o to, że w tych pięknych okolicznościach przyro dy można napić się herbaty.

 

Lubię takie zwiedzanie miejsc nieoczywistych i często niespektakularnych, bo zazwyczaj są zdecydowanie bardziej zaskakujące i tajemnicze od hitów przewodnikowych.

el mercado

El Mercado to najbardziej kolorowa część San Antonio. Historycznie pierwszymi osadnikami w Teksasie byli Meksykanie i Hiszpanie i to widać do teraz. Mam wrażenie, że połowa osób mówi po hiszpańsku i ma zdecydowanie latynoskie korzenie. Nie mogło więc zabraknąć w tym mieście miejsca, które tchnie latynoskim rytmem i kolorami. Wszystko to możemy znaleźć w El Mercado, to kawałek ulicy otoczony sklepami z pamiątkami oraz knajpkami z meksykańskimi smakołykami. Kolory prawie oszałamiają, ceny niestety też, czuć, że to bardzo turystyczne miejsce, więc prawie tylko zwiedzamy, wąchamy i słuchamy. Skusiliśmy się jedynie na piękne, ręcznie malowane, ceramiczne podkładki na stół. Każdy może wybrać coś ze swoją osobowością. Arek ma wspinacza górskiego, Tosia swoją wymarzoną pracę, czyli płytka z lekarką, Amelia, nie wiadomo dlaczego wybiera sobie czaszkę, a ja kobietę, która wygląda na najbardziej zwariowaną, nie ma takiej z napisem – szajba. Rodzina sugeruje mi kucharkę, ale nie ze mną takie numery. Kucharzyć uwielbiam, ale jeszcze trochę to nie będzie moim celem życiowym. Bardzo trudno się zaszufladkować w takim kafelku.

magiczne miejsce

To jedno z bardziej niesamowitych miejsc, jakie widziałam w miastach. River walk w San Antonio to miejsce magiczne. Można zwiedzić prawie całe centrum i prawie nie zauważyć go, bo ten cudowny spacerniak, znajduje się sporo poniżej poziomu ulicy. Jest naprawdę dobrze schowany przed światem zewnętrznym i zgiełkiem miasta. Schodząc po schodach na poziom wody, przenosimy się do zupełnie innego świata. Pogoda na szczęście trochę współpracuje i możemy zobaczyć wszystko oświetlone pięknym słońcem, dzięki temu wszystko jest bardziej kolorowe, a rośliny wydają się bardziej egzotyczne. Rzeka o nazwie San Antonio wije się po całym centrum miasta, można podziwiać ją przechadzając się wzdłuż rzeki, płynąc stateczkiem wycieczkowym lub siedząc w jednej z wielu kafejek. W gorące teksańskie lato daje schronienie przed upałem, a zimą można po zmroku podziwiać iluminacje świąteczne.

River walk to ok 24 kilometrów ścieżek i chodników, jest to najdłuższy miejski ekosystem w Stanach, największy to pewnie Central Park, ale to jeszcze przed nami.

 

Kolejnym punktem programu jest wieża widokowa, na szczycie której znajduje się restauracja. Cała górna część się obraca, więc jedząc obiad można podziwiać całą panoramę. Nie dałabym radę jeść i wirować więc to odpuszczamy i tylko podziwiamy widoki. Zewnętrzny taras jest tylko częściowo oszklony i wiatr robi tam co tylko chce. Tosia prawie nam odleciała. Z wieży rozciągają się niesamowite widoki, widać jaki Teksas jest płaski, można podziwiać całe miasto, ale nawet z tego punktu trudno wypatrzeć rzekę. Jest naprawdę dobrze ukryta.

podbijamy Teksas

No i znów zapragnęliśmy trochę ciepełka, a do tego zostało sporo stanów, których jeszcze nie widzieliśmy więc trzeba się zabrać do roboty. Tym razem padło na Teksas, a żeby było ciepło to jego część południową. Już chyba miesiąc przed wyjazdem zaczęłam obserwować temperaturę tam i coraz bardziej cieszyłam się na ten wyjazd i nagle stało się coś dziwnego, temperatura zaczęła lecieć w dół i cudowne 25 stopni zamieniło się w 10, to nie jest sprawiedliwe!!!!!! No ale cóż jedziemy, do walizki dopakowałam trochę swetrów, ale do kurtki się chyba nie zniżę. W południowym Teksasie nie nosi się kurtek!!! Tam jest ciepło!!! No dobra złamałam się, ale tylko cienką.

Po 12 godzinach drogi, głównie przez pustkowia, bo w tym ogromnym stanie są chyba tylko cztery większe miasta, a oprócz nich płaska pustka dojechaliśmy na przedmieścia, gdzie wynajęliśmy fajny domek, przez AirBnb, po bardzo rozsądnej cenie. Domki dookoła były dziwne. Część ślicznie odremontowana, kolorowa, a część zdecydowanie slamsowata, ale ponoć jest tu bezpiecznie. Do sklepów i centrum miasta niedaleko, więc punkt wyjścia bardzo dobry.

Na pierwszy ogień wzięliśmy Alamo, chyba najbardziej znany symbol San Antonio. Alamo to stara hiszpańska misja katolicka, która została zmieniona na twierdzę, w której odbyło się jedno z dłuższych oblężeń w historii USA, czyli 13 dni oblężenia i 90 minut walki. Siły faktycznie były nierówne, bo na 200 broniących się napierała dwu tysięczna armia meksykańska, ale porównując to to historii Polski to żadna afera. Po bitwie zawołanie, które zna każdy Amerykanin, „Pamiętajcie o Alamo”.

Bardzo podobały się nam stylowe budynki, z pięknymi ogrodami, ciekawie opowiedziana historia, więc spędziliśmy tam trochę czasu i był to czas bardzo przyjemny.

Wróciliśmy tam jeszcze po zmroku, żeby podziwiać iluminacje.

 

gadżety świąteczne

Już pisałam o gadżetach, ale przy okazji wszystkich Świąt znajduję setki takich które mnie od nowa zadziwiają. Świąteczne szaleństwo mnie zadziwia za każdym razem jak jestem w sklepie. Skala jest niesamowita. Coraz mniej mnie dziwi, że ludzie tutaj mają takie duże domy, bo przecież muszą upychać gdzieś te wszystkie gadżety, których nie wykorzystują między świętami.

Zaczynamy od kuchennych, świąteczne ściereczki i ręczniczki już nie robią na nas wrażenia, ale świąteczne gąbki do naczyń i schowanka na nie, solniczki, pieprzniczki, przewracarki do placuszków, minutniki. Jak żyć bez nich?

 

 

Można wymyślić każdą świąteczną pierdółkę, naklejeczki na prezenty, wszystkie możliwe rodzaje opakowań, papierów, kokardek, zaproszeń…. I tysiące innych rzeczy

 

Ale również np. tony skarpet świątecznych i to co mnie chyba najbardziej rozwala sukieneczki do choinek. Zapomnijcie o tym, że choinka może stać po prostu w doniczce, albo na ładnym stojaku. Choinka musi mieć sukieneczkę. Jak pokazałam zdjęcia mojej choinki mojej nauczycielce angielskiego to zapytała mnie a gdzie sukienka? Odpowiedziałam, że nie mam. Nie ma takiej opcji, ona ma kilka i mi pożyczy, nie miałam sumienia przyznać, że nie mam takiej potrzeby

stylowa zabawa

Tym razem naprawdę było szaleństwo. Impreza świąteczna zorganizowana przez Arka firmę miała motyw przewodni – Lata dwudzieste. Musieliśmy trochę pokombinować, ale dzięki mojemu ulubionemu sklepowi, czyli Hobby Lobby (jest to sklep ze wszystkimi pierdołami świata, głównie dla wszystkich rękodzieł) obyło się bez większych kosztów. Liczy się pomysł, a potem można poświęcić trochę czasu na tworzenie dodatków.

Impreza zaczęła się oficjalną przemową, potem był obiad, dwa drinki na głowę gratis, loteria z naprawdę ciekawymi nagrodami i małe kasyno. Każda para dostawała 100 dolarowy żeton i miała spróbować zwiększyć ilość kasy. Niektórym się udało. Zwycięzca miał ponad 2,5 tys. Dolarów. Ja przegrywałam w tempie rekordowym, więc szybko się poddałam, Arek walczył dłużej, ale i tak wrócił z pustymi kieszeniami.

W zeszłym roku byliśmy na tej imprezie dość osamotnieni i w związku z tym trudno było o dobrą zabawę, za to w tym roku już zupełnie inaczej, można się było pośmiać, powspominać.

Oczywiście przy okazji imprezy powspominałam polskie wigilie firmowe. Nie wiem która opcja bardziej mi się podoba, polska, czy amerykańska, obie mają swoje lepsze i gorsze strony, ale zdecydowanie na pewno amerykańskie jedzenie jest zdecydowanie gorsze niż polskie.

a jednak nowe

Weszliśmy w drugi rok naszego pobytu w Stanach. Trochę to dziwne uczucie, bo do tej pory pobyt tu kojarzył nam się z samymi nowościami a teraz ma się coś powtarzać? Dziwne, ale jak się okazuje nie do końca. Bo niby wydarzenia prawie takie same to jednak dla nas inne.

Pierwsze było włączenie światełek w pobliskim Collierville, impreza podobała nam się już w zeszłym roku, więc postanowiliśmy powtórzyć. Ale ten rok był zupełnie inny, byliśmy zdecydowanie lepiej przygotowani wiedzieliśmy, gdzie najlepiej zaparkować, wiedzieliśmy, że trzeba przyjechać trochę wcześniej, żeby nie zabrakło dla nas szalonych okularów i gorącej czekolady z przerażająco słodkimi marshmallow, a najważniejsze było to, że wiedzieliśmy, którędy idzie Mikołaj, więc zajęliśmy pozycje strategiczne i w tym roku Tosia ma zdjęcie z Mikołajem z tego magicznego miejsca.

Drugim takim wydarzeniem była parada świąteczna w Germantown. W zeszłym roku cieszyliśmy się z ładnej pogody i przygotowaliśmy się mentalnie do świąt, a w tym roku braliśmy czynny udział w paradzie. Oczywiście dzięki Tosi, której drużyna biegowa została wytypowana do reprezentowania szkoły, a trener zaprosił też rodziców. Muszę przyznać, że zdecydowanie większym przeżyciem jest maszerowanie wśród tłumu, niż tylko oglądanie. Tosia wzięła o jeszcze bardziej do siebie i stwierdziła, że po roku pobytu w Stanach jest już sławna.

To że naszej starszej córki nie ma na zdjęciach, to nie oznacza, że wypisaliśmy ją z rodziny, ona po prostu w takich banalnych wydarzeniach nie bierze udziału

Party na maxa

No I znów imprezuję nie ja, tylko maja córka.

Jest to jedno z wydarzeń, które bardzo lubię. Na zakończenie sezonu biegowego Tosi, trener ogłosił imprezę. Okazało, że odbywa się ona w domu dziewczynki z drużyny, rodzice zgodzili się na udostępnienie powierzchni (trzeba dodać, że mają powierzchnię wystarczającą do tego). Zrzuciliśmy się na pizzę i jakieś napoje. Pomysł świetny, bo wyszło bardzo oszczędnie, pięć dolarów za osobę.

Dzieciaki najpierw poszalały trochę na dworze, a potem trener ogłosił wręczanie nagród. Świetną informacją było to, że udało mu się namówić władze szkoły, żeby dali fundusze na zrobienie dla każdego dziecka kopii trofeum z najważniejszego wyścigu drużynowego. Do tego dorzucił medale indywidualne, dla dzieciaków z miejscem uzależnionym od wyników.

Po tej uroczystości wszystkie dzieciaki były wniebowzięte i zasiadły do obejrzenia filmu, który przygotował trener. Poskładał fotki i filmiki z całego sezonu i dodał do nich zabawne komentarze. Na koniec wrzucił krótkie wywiady ze wszystkimi dziećmi, które są teraz w piątej klasie i to ich ostatni sezon jesienny w klubie. Muszę przyznać, że dla mnie był to prawdziwy wyciskacz łez, a dla dzieciaków na pewno niezapomniane wspomnienia. Dwugodzinna impreza, w sumie nie dużo, ale jednak bardzo dużo.

IMG_2053 IMG_2054 IMG_2058

rocznica

Rocznica naszego pobytu w Stanach wypadła dokładnie w Święto Dziękczynienia, jest to dość symboliczne, bo to jedno z najważniejszych Świąt tutaj, a do tego wszyscy zastanawiają się za co są wdzięczni. Przy okazji tego rachunku sumienia wyszło nam, że jesteśmy naprawdę zadowoleni. Przeprowadzka do Stanów totalnie wywróciła nasze życie do góry nogami, ale już trochę okrzepliśmy w tych zmianach i przystosowaliśmy się do nowej rzeczywistości. Ten rok, to był na pewno rok pełen wyzwań. Chyba była to największa kumulacja w moim życiu, ale to doświadczenie spowodowało, że mniej się boję nieznanego, bo wiem, że jesteśmy skłonni poradzić sobie w każdej sytuacji. Okazuje się, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych. To czego dokonały dziewczyny w szkołach nadal jest dla mnie trudne do uwierzenia, Amelia uczy się na równi z Amerykanami, chodzi z nimi na angielski i ma świetne oceny. Tosia mówi bez akcentu, pisze wypracowania po angielsku a do tego była w reprezentacji szkoły na zawodach o randze krajowej w biegach przełajowych. Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że jest to możliwe, to na pewno nie uwierzyłabym.

2016

2017

Oczywiście w tej misce miodu jest odrobina goryczy. Bardzo, ale to bardzo brakuje nam naszych bliskich, na szczęście istnieją teraz wszystkiego rodzaju komunikatory i możemy być w kontakcie, ale to jednak nie to samo. Bardzo się cieszę z każdej wiadomości od znajomego z Polski, bo za każdym razem utwierdza nas to w przekonaniu, że jesteśmy ważni dla ludzi, którzy teraz są bardzo daleko od nas. Brakuje nam również europejskiego stylu życia i polskiego jedzenia, ale za to mamy super możliwości poznawania ludzi z całego świata, a co się z tym często wiąże kuchni całego świata. Często rozmawiając okazuje się, że różnice pomiędzy kulturami nie są wcale takie duże, jak nam się wydawało, bo podczas rozmowy zaczynamy znajdować wiele podobieństw i wpływów jednej kultury na drugą.

Święto Dziękczynienia spędziliśmy w towarzystwie dwóch Duńczyków, którzy uwielbiają Polskę i polskie jedzenie, to naprawdę zawsze cieszy. Nakarmiliśmy ich mieszanką polsko amerykańskiej kuchni, bo nie mogło zabraknąć indyka pieczonego, czyli dania typowo amerykańskiego. Bardzo bałam się tego ptaka, bo nigdy nie przyrządzałam czegoś tak wielkiego i bez konsultacji z Polską (dziękuję bardzo Ani i Irkowi) chyba nie byłoby pełnego sukcesu. Pytałam o przepis amerykanów, ale oni nie przywiązują uwagi do szczegółów, a my zdecydowanie tak. Dodatkami do 5 kg stwora były: polskie puree zawsze pyszne, amerykańskie puree ze słodkich ziemniaków z cynamonem zaskakująco dobre, konfitura z żurawina z sokiem z pomarańczy domowego wyrobu boska, zielona fasolka normalna, polska mizeria zawsze najlepsza. Muszę przyznać sama przed sobą, że obiad był niesamowity. Na deser zrobiłam sernik polsko włoski z sosem truskawkowym, użyłam ricotty, bo polski biały ser jest w Memphis nie do dostania.

Przy takim jedzeniu możemy dziękczynić.

Zastanawialiśmy jakie wydarzenia z ostatniego roku były dla nas najważniejsze, które pozostaną w naszej pamięci na długo. Dla Arka było to zaćmienie słońca i z tym ja również się zgadzam. Dla mnie dodatkowo wszystkie koncerty. Każdy z nich był niesamowity. Dla Amelki wyjazd do Uniwersal Studio w Orlando i zatopienie się w świecie Harrego Pottera, a dla Tosi jej biegi, to że zakwalifikowała się to szkolnej drużyny i wszystko co dzięki temu z nimi przeżyła.

z Lincolnem w tle

To jak bardzo kocham moje córki okazuję między innymi tak, że pojechałam z młodszą w listopadzie na północ (nie tak całkiem, ale jednak trochę), żeby mogła się wykazać na biegowych zawodach krajowych. Po 8 godzinach podróży, 5 godzinach w błocie, na wietrze, przy dość niskiej temperaturze, szczęśliwe po osiągnięciach Tosi postanowiłyśmy wykorzystać tą podróż w celach bardziej rozrywko poznawczych.

A podróżowałyśmy tym razem tylko we dwie (no nie do końca jest to prawda, bo nie byłyśmy same, tylko w towarzystwie zaprzyjaźnionej Japońskiej rodziny), Amelka i Arek cieszyli się w domu swobodą, spokojem i ładną pogodą.  A nasza wesoła międzynarodowa ekipa postanowiła, że wracając do domu zboczymy trochę z drogi i zahaczymy o małe miasteczko o nazwie Hodgenville w którym znajduje się jeden z Parków Narodowych obejmujący miejsce urodzenia Abrahama Lincolna.

 Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się, jak są zorganizowane takie miejsca. Prosto, ale interesująco, może bez fajerwerków, ale zawsze ciekawie.

Po obowiązkowej fotce przed bramą parku, tablica poinformowała nas, że zwiedzanie powinniśmy zacząć od centrum informacyjnego, w którym Abraham Lincoln króluje na każdym kroku. Po wejściu dostaliśmy mapki z innymi miejscami związanymi z Lincolnem w Kentucky i zostaliśmy zaproszeni do obejrzenia 15 minutowego filmu o jego życiu tutaj. Byłam trochę wstrząśnięta historią jego życia, w tym pierwszym okresie. Zmaganie się z atakami Indian, walką z niewolnictwem, pogodą i innymi przeciwnościami losu, tym dzikim zakątku w maleńkim domku, w którym zdecydowanie nie chciałabym spędzić zimy, to była na pewno lekcja charakteru.

W centrum można było zobaczyć, jak wyglądało wnętrze domu w tamtych czasach, a zgodnie z informacjami w filmie rodzina Lincolna w tym czasie zaliczali się do klasy średniej, jego ojciec był stolarzem.

Centrum zadbało również o aktywną atrakcję dla dzieci, mogą one układać drewniane domki w stylu Lincolna.

 

Po malutkich zakupach w sklepiku z pamiątkami, zaopatrzeni w kolejne mapy z innymi atrakcjami w Kentucky idziemy zobaczyć Memorial Building, do którego prowadzi 56 stopni, symbolizujących lata życia Lincolna, ale teraz odbywa się częściowy remont, więc idziemy inną drogą, długą drewnianą alejką dla niepełnosprawnych. Dochodzimy do kamiennego budynku, którego wnętrze kryje dom Lincolna. Tabliczka głosi jednak, że może to nie być oryginalny dom jego rodziny, tylko taki sam, zbudowany kilka lat później, ale i tak wrażenie jest duże. Cały czas myślę o tym w jakich warunkach żył jeden z większych prezydentów Stanów Zjednoczonych. I co w tym czasie działo się w Europie, różnica była niesamowita.

Na zakończenie rozgrzewka polegająca na wyścigach schodami w górę i prawie mogę zdjąć szalik, pomimo nieprzyjemnej prawie północnej pogody.

Uważam wycieczkę za bardzo udaną a przy okazji na prawdę pouczającą.